niedziela, 29 grudnia 2013

Phuket Old Town

Tydzień temu postanowiliśmy odwiedzić Starówkę. Serce jakiegoś miejsca przecież zawsze kryje w sobie piękną historię i wspaniałe zabytki warte obejrzenia. Tym razem jednak nie odkryliśmy żadnych wspaniałości. Stare miasto to po prostu splot dosyć wąskich uliczek, przy których gdzieniegdzie znajduje się coś godnego uwagi, np. świątynia, ozdobna brama bądź figura złotego smoka J
Na szczęście uzbierała się garstka fotek, które mogę Wam pokazać:








Mimo niewielkiej ilości atrakcji uważam wycieczkę za bardzo udaną. Podejrzewam, że gdybyśmy dokładnie obeszli każdą uliczkę, znaleźlibyśmy więcej interesujących obiektów. Nie czuję jednak niedosytu, a głód zwiedzania z pewnością zaspokoję w styczniu. Planujemy odwiedzić pobliską wyspę Phi Phi, a w drugiej połowie miesiąca wyruszamy za granicę. Nie zdradzę dokąd, będziecie mieli niespodziankę :)

Wspomnę jeszcze o Świętach, które minęły zaledwie parę dni temu. Wigilię spędziliśmy w gronie znajomych. Wszystko wyszło spontanicznie w ostatniej chwili, toteż nie poczyniliśmy żadnych specjalnych przygotowań. Ja zrobiłam prostą sałatkę ze składników, które miałam pod ręką, natomiast reszta towarzystwa zamówiła  w pobliskiej knajpce ryby i owoce morza. "Wieczerza" odbyła się w naszym mieszkanku. Całość miała ze Świętami chyba tylko 3 wspólne mianowniki: ryby, grono osób oraz kolędy, które leciały w tle podczas biesiadowania. Nie mniej jednak cieszę się, że to nie był zwyczajny dzień jak co dzień. Pojutrze Sylwester, szykuje się wyprawa do imprezowej dzielnicy Patong. Mam nadzieję, że to będzie cudowny wieczór.
Życzę Wam wszystkim szampańskiej zabawy do białego rana! Następna relacja w przyszłym roku!

piątek, 13 grudnia 2013

Fotki z targu 2

Dzisiaj znów byliśmy na targu i tym razem pamiętałam o zabraniu aparatu fotograficznego :)) Oto co tutaj mamy:
Owoce (smoczy owoc, mangostan, banany, żółte mango)


Tutaj chyba kumkwaty (żółte) i czerwone włochate rambutany. Na dole te podobne do ziemniaków to też owoce, które noszą nazwę langsat  :) 


Ananasy i kokosy (najdalej położone)


Różnego rodzaju przyprawy. Te "kopce" to chyba jakieś mieszanki przypraw. Strasznie śmierdzą :)



Krewetki i jakieś wysuszone rybki



Cuda na kiju, czyli kiełbaski, fish balls, meat balls, krewetki, paluszki krabowe i inne




Nie mam pojęcia co to jest, ale ładnie wyglądało :)


Świńskie głowy oraz inne mięsne kąski


Na koniec coś dla amatorów kurczaków. Macie niepowtarzalną okazję zapoznać się z ich wnętrzem :)


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Zastój

Moi Drodzy! Zrobiłam przez jakiś czas przerwę w blogowaniu, ponieważ totalnie nic ciekawego się nie działo. Zastój, letarg, gnuśność, impas, stagnacja. Dzień za dniem mija błyskawicznie i trudno uwierzyć, że już przeszło 1,5 miesiąca jesteśmy na wyspie. Do Polski wracamy w drugiej połowie maja i jestem pewna, że w dzień powrotu pomyślę, że te 7 miesięcy to zdecydowanie za krótko i jakim cudem to tak szybko minęło.

W kwestii kulinariów również zastój. Nic nie uległo zmianie. Nie ugotowałam przez ostatnie dni niczego, co warto byłoby Wam przedstawić. Na moje autorskie przepisy trzeba będzie poczekać niestety do czerwca ale zapewniam Was, że warto. Przed wyjazdem robiłam naprawdę pyszne rzeczy, za którymi oboje z chłopakiem tęsknimy. Tutaj produkty są inne, wszystko smakuje inaczej i choćbym się bardzo starała, nie da się odtworzyć oryginalnych smaków.

Robiłam ostatnio makaron z brokułami, kurczakiem i śmietaną. Wyszło smaczne, ale zupełnie inne niż w Polsce. Po pierwsze, zabrakło kilku wspaniałych dodatków jak np. mozarella czy parmezan oraz prażonych pestek słonecznika. Co ważniejsze, sama śmietana która w tym daniu jest ważnym spoiwem, smakowała inaczej, o wiele gorzej skutkiem czego całe danie wyraźnie straciło na smaku. Tutaj śmietana nie dość, że kosztuje 4 złote za małe opakowanie, to jest jedynie marną namiastką wspaniałej śmietany polskiej. Bardzo gęsta, o wiele kwaśniejsza (prawie jak kefir) i grudkowata. Mimo tych wszystkich niedogodności kupuję ją czasem, bo bardzo przydaje się w takim daniu jak np. wspomniany makaron z brokułami czy też makaron z grzybami. Fajnie się komponuje i zespala pozostałe składniki. Poza tym, jedząc na okrągło dania z sosami curry i mleczkiem kokosowym mam co jakiś czas ochotę na coś, co nie jest słodkie i pikantne.

Obecnie właśnie tak przedstawiają się sprawy związane z moim gotowaniem J Czasem coś przyrządzę, ale niemal za każdym razem jestem rozczarowana, bo wiem o ile lepiej mogłoby to smakować. Cóż począć, pozostaje się żywić za 5-6 złotych w tutejszych knajpach bądź na targu i zapomnieć o kuchni polskiej. Nie wypada narzekać, bo miejscowe żarełko jest soczyste, aromatyczne i po domowemu przyrządzane. Knajpek jest mnóstwo, toteż każdy stara się utrzymywać dobrą jakość i smak potraw. Wiele osób, które tu przyjeżdża bardzo ceni sobie tajską kuchnię. Z przyjemnością dostosowują się do nowych smaków i bardzo je sobie chwalą. Nawet do tego stopnia, że wolą tę kuchnię od naszej. W moim przekonaniu kuchnia tajska mimo, że smaczna, różnorodna, egzotyczna i mająca wiele do zaoferowania, nie przebije jednak smaków które znam od dzieciństwa i które zawsze i wszędzie będę broniła J

Dosyć już o kuchni. Nadspodziewanie obszernie rozpisałam się na ten temat. Zastój, jak głosi nagłówek, zawładnął mną przez ostatni czas na wielu płaszczyznach. Postanowiłam jednak wyjść mu naprzeciw. Kupiłam fioletowe trampki za 30 złotych i wczoraj odwiedziłam tutejszą siłownię J Po 1,5 miesiąca co prawda, ale jak mówią „lepiej późno niż wcale”. Siłownia ku mojej wielkiej radości jest bardzo dobrze wyposażona w różnego rodzaju sprzęty zarówno do treningu siłowego, jak i aerobowego. Wejście kosztuje 10 złotych i nie jest ograniczone limitem czasowym. Zadowolona wskoczyłam na bieżnię oraz inne sprzęty, których właściwych nazw niestety nie znam. Zamierzam chodzić regularnie co 2-3 dni. Po wysiłku szybko przebrałam się w bikini, zmoczyłam się pod natryskiem i chlup do basenu. Woda chłodna i przejrzysta, a nade mną palmy i słoneczko. Raj. Człowiek od razu czuje się kilka razy szczęśliwszy. Ja non stop jestem szczęśliwa i wdzięczna za to wszystko czego doświadczam, ale po takim przypływie endorfin nie sposób być po prostu szczęśliwym. Człowiek wznosi się na kolejne poziomy szczęśliwości J A wszystko jedynie za sprawą pary fioletowych trampek.


niedziela, 1 grudnia 2013

Co mnie gryzie

Nie sądziłam, że mogę nienawidzić czegoś bardziej od komarów, jakże się myliłam. Wrogiem numer jeden są ich krewniacy, czyli tutejsze moskity. Polski komar jest nieco bardziej subtelny, atakuje pod osłoną nocy. Te darmozjady natomiast nie mają żadnych skrupułów i kąsają również za dnia. Do tego mniejsze, przez co trudniej je zauważyć i zlikwidować. Mniejsze skrzydełka wydają prawie niesłyszalny dla ucha dźwięk. Prawdziwi mistrzowie zbrodni. Codziennie po przebudzeniu idę do kuchni zrobić kawę, herbatę i śniadanie. Nawet nie wiem kiedy któryś podleci i dziabie raz za razem, nienasycony i żądny krwi. Wracam smutna i zła z kilkoma ugryzieniami, a kawa już nie smakuje tak samo. Całe nogi mam w strupach, bo naprawdę ciężko mi powstrzymać się od drapania. Swędzi i piecze jak diabli, do tego powiększa się w zastraszającym tempie, bom na te cholerstwo uczulona. Doprawdy nie wiem już jak mam je tępić. Smarowanie śmierdzącymi maściami oraz opryski nie pomagają. Muszę zaopatrzyć się w lepszy arsenał i na dobre rozpocząć batalię. To już powoli staje się sprawą najwyższej wagi. Na pocieszenie, moje poranione ciało mogę już wymoczyć w basenie. O dziwo ktoś dobrze wykonał swoją robotę i woda znów jest krystalicznie czysta. Sąsiedzi od dobrej godziny okupują basen, więc ja skorzystam z niego tuż przed zachodem słońca. Widok jest piękny, a słońce nie świeci prosto w twarz, więc kąpiel o tej porze jest bardzo przyjemna :)

UPDATE

Wyczyszczony basenik :) Zachód słońca tym razem skrył się gdzieś za chmurami, więc nie było sensu fotografować.