Moi
Drodzy! Zrobiłam przez jakiś czas przerwę w blogowaniu, ponieważ totalnie nic ciekawego
się nie działo. Zastój, letarg, gnuśność, impas, stagnacja. Dzień za dniem mija błyskawicznie i trudno uwierzyć, że już
przeszło 1,5 miesiąca jesteśmy na wyspie. Do Polski wracamy w drugiej połowie
maja i jestem pewna, że w dzień powrotu pomyślę, że te 7 miesięcy to
zdecydowanie za krótko i jakim cudem to tak szybko minęło.
W kwestii kulinariów również zastój. Nic nie uległo zmianie. Nie ugotowałam przez ostatnie dni niczego, co warto
byłoby Wam przedstawić. Na moje autorskie przepisy trzeba będzie poczekać
niestety do czerwca ale zapewniam Was, że warto. Przed wyjazdem robiłam
naprawdę pyszne rzeczy, za którymi oboje z chłopakiem tęsknimy. Tutaj produkty
są inne, wszystko smakuje inaczej i choćbym się bardzo starała, nie da się
odtworzyć oryginalnych smaków.
Robiłam ostatnio makaron z brokułami, kurczakiem
i śmietaną. Wyszło smaczne, ale zupełnie inne niż w Polsce. Po pierwsze, zabrakło
kilku wspaniałych dodatków jak np. mozarella czy parmezan oraz prażonych pestek
słonecznika. Co ważniejsze, sama śmietana która w tym daniu jest ważnym
spoiwem, smakowała inaczej, o wiele gorzej skutkiem czego całe danie wyraźnie straciło
na smaku. Tutaj śmietana nie dość, że kosztuje 4 złote za małe opakowanie, to
jest jedynie marną namiastką wspaniałej śmietany polskiej. Bardzo gęsta, o
wiele kwaśniejsza (prawie jak kefir) i grudkowata. Mimo tych wszystkich niedogodności
kupuję ją czasem, bo bardzo przydaje się w takim daniu jak np. wspomniany
makaron z brokułami czy też makaron z grzybami. Fajnie się komponuje i zespala
pozostałe składniki. Poza tym, jedząc na okrągło dania z sosami curry i
mleczkiem kokosowym mam co jakiś czas ochotę na coś, co nie jest słodkie i
pikantne.
Obecnie właśnie tak przedstawiają się sprawy związane z moim
gotowaniem J
Czasem coś przyrządzę, ale niemal za każdym razem jestem rozczarowana, bo wiem
o ile lepiej mogłoby to smakować. Cóż począć, pozostaje się żywić za 5-6
złotych w tutejszych knajpach bądź na targu i zapomnieć o kuchni polskiej. Nie
wypada narzekać, bo miejscowe żarełko jest soczyste, aromatyczne i po domowemu
przyrządzane. Knajpek jest mnóstwo, toteż każdy stara się utrzymywać dobrą
jakość i smak potraw. Wiele osób, które tu przyjeżdża bardzo ceni sobie tajską
kuchnię. Z przyjemnością dostosowują się do nowych smaków i bardzo je sobie chwalą.
Nawet do tego stopnia, że wolą tę kuchnię od naszej. W moim przekonaniu kuchnia
tajska mimo, że smaczna, różnorodna, egzotyczna i mająca wiele do zaoferowania,
nie przebije jednak smaków które znam od dzieciństwa i które zawsze i wszędzie
będę broniła J
Dosyć już o kuchni. Nadspodziewanie obszernie rozpisałam się na ten temat. Zastój,
jak głosi nagłówek, zawładnął mną przez ostatni czas na wielu płaszczyznach. Postanowiłam jednak wyjść mu naprzeciw. Kupiłam fioletowe trampki za 30 złotych i wczoraj odwiedziłam
tutejszą siłownię J Po 1,5 miesiąca co prawda, ale jak
mówią „lepiej późno niż wcale”. Siłownia ku mojej wielkiej radości jest bardzo
dobrze wyposażona w różnego rodzaju sprzęty zarówno do treningu siłowego, jak i
aerobowego. Wejście kosztuje 10 złotych i nie jest ograniczone limitem
czasowym. Zadowolona wskoczyłam na bieżnię oraz inne sprzęty, których właściwych
nazw niestety nie znam. Zamierzam chodzić regularnie co 2-3 dni. Po wysiłku
szybko przebrałam się w bikini, zmoczyłam się pod natryskiem i chlup do basenu.
Woda chłodna i przejrzysta, a nade mną palmy i słoneczko. Raj. Człowiek od razu
czuje się kilka razy szczęśliwszy. Ja non stop jestem szczęśliwa i wdzięczna za
to wszystko czego doświadczam, ale po takim przypływie endorfin nie sposób być
po prostu szczęśliwym. Człowiek wznosi się na kolejne poziomy szczęśliwości J
A wszystko jedynie za sprawą pary fioletowych trampek.
