poniedziałek, 12 maja 2014

Wyprawa do kraju Khmerów Cz.7

Ostatniego dnia w Kambodży wybraliśmy się na zwiedzanie „małej trasy”, czyli świątyń położonych bliżej Siem Reap. Wiele firm oferowało tę wycieczkę po zbliżonych cenach, toteż tym razem skorzystaliśmy z oferty konkurencji. Poprzedniego dnia trafił nam się niezbyt udany przewodnik z nowej firmy, który „wykuł na blachę” swoje kwestie, a poza nimi niezbyt znał j. angielski. Nie potrafił odpowiedzieć na zadane pytania, nie mówiąc już o tym, że nie wiedział co znaczy słowo "spider". Zmiana wyszła na lepsze, nowy przewodnik był bardzo kompetentny i uprzejmy. Mimo nieco większej ceny, warto było postawić na firmę działającą od wielu lat.

Najważniejszym punktem programu była najbardziej znana, najważniejsza, a przy tym największa ze świątyń, mianowicie Angkor Wat. Na zwiedzanie było przeznaczone około dwóch godzin. Turystów cała masa. Trzeba było się pilnować, gdyż łatwo było się zgubić.









Obowiązkowym punktem każdej takiej wycieczki była przerwa na obiad. Zajeżdżano wówczas do zaprzyjaźnionej knajpy w pobliskim kompleksie o wdzięcznej nazwie Sras Srang. Ceny były dwa razy większe niż w miejskich restauracjach, ale jedzenie było smaczne, a do tego pięknie podane w kokosie.




Po posiłku, z nową dawką energii zobaczyliśmy jeszcze kilka świątyń. Pięknie prezentowały się korzenie drzew oplatające mury.









W międzyczasie dostrzegliśmy małpy wałęsające się w pobliżu murów. Trudno było im zrobić udane zdjęcie. Uciekały i trzeba było na nie uważać, bo to przecież dzikie i nieokrzesane stworzenia.




Ostatnią rozrywką było oglądanie zachodu słońca w urokliwym, aczkolwiek mocno zatłoczonym miejscu.



Do guesthousu wróciliśmy około 18:00. Spakowaliśmy się, zjedliśmy i ruszyliśmy na lotnisko. Zabrakło czasu, aby zwiedzić miasto Siem Reap.
Być może kiedyś uda nam się wrócić tam i nadrobić zaległości J Serdecznie polecam wycieczkę do Kambodży. Piękny, egzotyczny kraj oraz niesamowite kompleksy świątynne są absolutnie warte uwagi każdego podróżnika.

wtorek, 1 kwietnia 2014

Wyprawa do kraju Khmerów Cz.6

SIEM REAP

Podróż z Kampot do Siem Reap była straszna. Obiecywano nam 7 godzin jazdy, a w sumie z przesiadką wyszło około 12! Autobus był stary, a do tego strasznie zmarzliśmy. Do plusów mogę jedynie zaliczyć przystanek na obiad, gdzie w khmerskiej knajpce zjedliśmy smaczny rosołek z makaronem, kiełkami, wieprzowiną i szczypiorkiem. Zupa nas nieco rozgrzała i pozwoliła przetrwać do następnego przystanku. I tak od przystanku do przystanku jakoś ta mordęga minęła.

Po dotarciu do hostelu okazało się, że pomimo późnej pory (przed 20:00) pokój nie był jeszcze wysprzątany i poproszono nas o pół godziny cierpliwości. Nie było to najgorsze zważywszy na to, że kolega wcale nie dostał pokoju, choć rezerwację opłacił. Zostawiliśmy zatem bagaże przy recepcji i poszliśmy coś zjeść. Niedaleko natrafiliśmy na japońską knajpę polecaną przez TripAdvisor, gdzie zjadłam strasznie dziwne danie. Nazywało się Katsu-Don i było podanym w misce ryżem, na którym spoczywał pokrojony i dobrze zrumieniony schabowy, na nim jajecznica, a wierzchu duża ilość smażonej cebuli i pokrojonego szczypiorku. Najedliśmy się i poszliśmy spać. Trzeba było wypocząć, bo nazajutrz czekała nas pobudka o godzinie 6:00 i duuuużo chodzenia.

Na pobyt w Siem Reap przeznaczyliśmy dwa dni (z pominięciem dnia przyjazdu). Niewiele to czasu zważywszy na ilość okolicznych świątyń, jednak wystarczająco aby zwiedzić te najbardziej znane i oblegane. Rozważaliśmy opcję podróżowania na własną rękę rowerami tudzież innymi środkami transportu, bądź zorganizowane wycieczki z przewodnikiem. Ostatecznie zdecydowaliśmy się (ja z chłopakiem, kolega drugiego dnia wybrał się rowerem) na wariant drugi. Wycieczki były tak rozplanowane, że jednego dnia (duża trasa) odwiedzało się świątynie położone dalej od Siem Reap, natomiast drugiego (mała trasa) bliższe obiekty. Małą trasę opiszę w ostatniej części relacji, a poniżej przedstawiam cudowne budowle widziane przez nas w dniu pierwszym.

Plan wycieczki trwającej od godziny 8:30 do 16:00, obejmował 5 świątyń. Z całej masy zdjęć wybrałam kilka, starając się aby pojawiła się na nich każda z pięciu obiektów. Nie było to łatwe, gdyż czasem ruiny wyglądały bardzo podobnie. Widoki i przeżycia naprawdę wyjątkowe, pozostaną w pamięci na długi czas. Jeżeli będziecie mieli taką możliwość, koniecznie wybierzcie się do tych miejsc :) Naprawdę warto!


























niedziela, 30 marca 2014

Kochani! Przepraszam za tak okropnie długą przerwę w blogowaniu. Zaabsorbowały mnie różne inne czynności (m.in. regularne uczęszczanie na siłownię). Solennie obiecuję poprawę oraz wpis jutro, najdalej pojutrze. Mam nadzieję, że nie zapomnieliście o moim blogu i czasem tu zaglądacie. Za niecałe dwa miesiące wracamy do Polski, wówczas zamierzam go na dobre rozkręcić w kulinarnym kierunku. Póki co pozostaje dokończyć cykl podróżniczy i zamknąć owy etap :)

środa, 12 lutego 2014

Wyprawa do kraju Khmerów Cz.5

KEP

Następnego dnia pojechaliśmy do nadmorskiego miasteczka Kep, oddalonego o niecałe 30 km. 


Droga, chociaż wydawała się krótka, niemiłosiernie się dłużyła. Wszystko to za sprawą piaskowo-żwirowego podłoża. Momentami czułam się jakbym jechała na koniu (wcale nie żartuję :)) Do tego kurzyło się okrutnie. Mimo tego, że mieliśmy zabudowane kaski, to i tak wdychaliśmy piasek.


Wreszcie przybyliśmy na miejsce. Naszym oczom ukazało się bezkresna woda, a do tego całkiem ładna plaża.
W oddali możecie dostrzec kopce z tego ładnego, białego piaseczku, który specjalnie sprowadzono
i wyłożono na plaży.


Kep to miasteczko z dużą ilością pomników. Myślę, że znajduję się tam powyżej 10 tego typu budowli.
Oto niektóre z nich:




Oprócz morza i pomników, warto odwiedzić pobliską świątynię położoną na wzgórzu. Aby się do niej dostać, należy pokonać dokładnie 145 stopni (specjalnie liczyłam).


Na tym nie koniec. Po przejściu paru kroków okazało się, że schodów jest więcej. Tych już nie liczyłam.


Warto się wspiąć na szczyt, gdyż po drugiej stronie budowli rozpościera się ładny widok na okolicę.


Oprócz tego, można ujrzeć posąg o sympatycznych czterech licach.


Drzwi do wnętrza świątyni były uchylone, toteż ukradkiem pstryknęliśmy pamiątkowe zdjęcie.


Po opuszczeniu tego miejsca, pojeździliśmy trochę po okolicy, a w drodze powrotnej do Kampot zajechaliśmy
na plantację pieprzu.



Początki upraw datuje się na XIII wiek. Podobno pieprz ten znany jest i ceniony na całym świecie.

Tego dnia przyszedł czas, aby pożegnać się z miasteczkiem Kampot. Dnia kolejnego czekała nas podróż do Siem Reap.
Na pamiątkę umieszczam ostatnie zdjęcia z miejsca, które wyjątkowo polubiłam. 
Pierwsza fotka przedstawia rondo z owocem duriana, który choć lubiany przez Azjatów, ma wyjątkowo intensywny aromat i może wydawać się wręcz cuchnący dla mieszkańców pozostałych kontynentów.


Na zdjęciu numer dwa widnieje nietypowy stary most, złożony jakby z dwóch odmiennych części.
Mogą poruszać się po nim niewielkie samochody osobowe oraz jednoślady. Dla pozostałych pojazdów wybudowano rzecz jasna nowy, solidniejszy.