piątek, 31 stycznia 2014

Wyprawa do kraju Khmerów Cz.2

KAMPOT

Podróż do Kampot trwała niecałe 4 godziny. Przed zapadnięciem zmroku zdążyliśmy jeszcze wypożyczyć skuter i znaleźć przyzwoity guesthouse umiejscowiony w bardzo urokliwej okolicy. Okazało się bowiem, że miasteczko leży nad rzeką, wzdłuż której ciągnie się ładna promenada z restauracjami oraz barami. Wygłodniali po podróży szybko zostawiliśmy bagaże w naszym pokoju, po czym wyszliśmy na kolację. Zjedliśmy oczywiście w knajpce z widokiem na rzekę.

Następnego dnia wyruszyliśmy zobaczyć atrakcje Parku Narodowego Bokor, oddalonego od naszej miejscowości o dobre 40 kilometrów. Droga skuterem z perspektywy pasażera wydała mi się dość długa i męcząca. Park leży na wzniesieniach, toteż jechaliśmy krętą trasą pod górę. Widoki były naprawdę przepiękne i warto było tam pojechać pomimo wszelkich niewygód.




Na szczycie troszkę wiało i było chłodno, ale ogrzewało nas ciepłe słoneczko. W oddali można było zobaczyć morze.


Odwiedziliśmy leżące nieopodal ruiny dawnego kościoła oraz kasyna.




Na końcu udaliśmy się do położonego parę km dalej wodospadu. Niestety podczas pory chłodnej suchej, która wówczas miała miejsce, strumyczek był dosyć mizerny. Mimo tego miejsce było piękne i wywarło na nas duże wrażenie.


Wycieczka zajęła w sumie parę godzin i po powrocie odpoczywaliśmy sącząc drinki oraz grając w karty. Na drugim, ostatnim piętrze guesthousu mieścił się okazały taras z pięknym widokiem na rzekę i okolicę. Siedziałam odprężona w wygodnym fotelu, a tu nagle po lewej spostrzegłam największego gekona jakiego do tej pory widziałam. Sądzę, że mierzył około 15 centymetrów.


Przeraził mnie, bo miałam w pamięci szybkość z jaką się poruszają oraz to, że nagle spadają ze ściany na podłoże i suną do jakiejś kryjówki. Mniejsze nie raz mnie wystraszyły, a co dopiero mógł zrobić taki olbrzym. Nie ruszał się przez parę minut. Nie reagował nawet na flesz aparatu gdy kolega go fotografował. Kiedy jednak w końcu zdecydował się zmienić swoją pozycję, ku mojej radości poczłapał wolniutko i leniwie. Straszne wrażenie opadło i wówczas wydał mi się piękny i dostojny. Następnego dnia znalazłam go w innym miejscu i już się nie bałam.



Kolejne atrakcje okolic miasta Kampot już w najbliższym opisie. Zdradzę, że pojawi się wiele zdjęć różnych zwierzątek i nie będą to żadne gekony :)

wtorek, 28 stycznia 2014

Wyprawa do kraju Khmerów Cz.1

Cali i zdrowi wróciliśmy z dziewięciodniowej wycieczki do Kambodży. Wraz z chłopakiem zrobiliśmy ponad 600 zdjęć, a kolega ponad 1100 (ułamek jego kolekcji znajdzie się na blogu). Jest z czego wybierać i ze względu na dużą ilość wrażeń oraz fotografii zamierzam podzielić relację na kilka części. Ile ich będzie jeszcze nie wiem, ale z pewnością opisywanie wszystkiego i umieszczanie na blogu stanie się zajęciem na najbliższe tygodnie. Zamierzam jak najdokładniej odwzorować nabyte doświadczenia oraz wspomnienia tak, abyście czytając mogli poczuć się częścią naszej historii.

Wszystko zaczęło się 18 stycznia. Pobudka przed 6:00 rano i podróż skuterem na lotnisko. Nie lecieliśmy bezpośrednio z Phuket do serca Kambodży. Czekała nas jeszcze „przesiadka” w Bangkoku i kilkugodzinne czekanie na lot do Phnom Penh.

Po wylądowaniu w stolicy Tajlandii mieliśmy ponad 4 godziny do następnego lotu, toteż postanowiliśmy udać się na obiadek gdzieś w centrum. Dojechaliśmy do obranego punktu najpierw autobusem, a później koleją miejską. Przesiadając się z pierwszego środku transportu w drugi, natknęliśmy się na pana sprzedającego pyszne gofry. Żałuję, że nie mam zdjęcia ale byłam bardzo głodna, a do tego spieszyliśmy się, wskutek czego nie myślałam wówczas o wyciąganiu aparatu. W Internecie znalazłam pasującą fotkę:


Kupiliśmy z 2 migdałami oraz 1 z kremem waniliowym. Istne niebo w gębie! Zjadłam całego z kremem, mimo że zbliżał się obiad. Gdyby sprzedawano takie na wyspie byłabym przeszczęśliwa J

Obiad zjedliśmy w bufecie sushi, gdzie za 35/os złotych można było w czasie nie dłuższym niż 75 minut najeść do woli. Do wyboru były różne kombinacje kawałków sushi, natomiast przy stołach znajdowało się coś takiego:


Jeżdżące składniki dobrze nadawały się do sporządzenia własnej zupy. Bulion zamawiało się na wstępie, a na stole na płycie grzewczej umiejscowiono naczynie, w którym można było taką zupkę ugotować. My zamiast zupy po prostu gotowaliśmy wybrane składniki jako dodatek do sushi. Najedzeni do syta wróciliśmy na lotnisko, po czym odlecieliśmy do Kambodży.

PHNOM PENH

Lot do Phnom Penh był chyba moim najlepszym oraz najkrótszym lotem, gdyż prawie cały przespałam. Pozwoliło mi to nabrać energii na kolejne godziny. Po zameldowaniu się w hotelu odpoczęliśmy chwilkę, a następnie ruszyliśmy w kierunku promenady położonej nad rzeką Mekong oraz pobliskich knajpek. Tam, jedząc kolację i popijając smaczne drinki spędziliśmy pierwszy wieczór w stolicy.
Zdjęcia Mekongu oraz zatłoczonej ulicy umiejscowionej nad rzeką:



Ludzie wrzucali do wody złote ryby czy coś podobnego. Niestety nie mam pojęcia po co to robili.


Na promenadzie umieszczono flagi różnych państw. Polska również gdzieś tam jest.

Kolejnego dnia, po śniadaniu, wybraliśmy się na zwiedzanie. Do głównych atrakcji turystycznych PP zalicza się między innymi Pałac Królewski i Srebrną Pagodę, czyli rezydencję królów Kambodży zbudowaną w 1860 roku oraz Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng. Pewnie niewielu z Was (podobnie jak ja przed wyjazdem do Kambodży) jest świadoma zbrodni, które miały miejsce w tym kraju w ubiegłym stuleciu. Dokonano tam chyba najgorszych z możliwych mordów, bo na własnym narodzie. Ciekawych odsyłam do Wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Czerwoni_Khmerzy , tudzież innego źródła informacji.
Wspomniane muzeum było niegdyś szkołą, zamienioną później w więzienie i miejsce przesłuchań oraz tortur dokonywanych przez Czerwonych Khmerów. Kolejny link, gdyby ktoś chciał poczytać http://pl.wikipedia.org/wiki/Tuol_Sleng.



Pałac Królewski i Srebrna Pagoda:



O innych znanych miejscach nie będę się rozpisywać, gdyż albo nie posiadam zdjęć albo tam nie byliśmy.

Wieczorem pojechaliśmy wieczorem zobaczyć Russian Market czyli duży bazar, który nazwano tak na cześć narodu licznie i często odwiedzającego Kambodżę. Niestety ów targ już zamknięto, lecz wycieczka nie poszła na marne, ponieważ otwarty był przyległy bar z rybami i owocami morza.


Tanio można było zjeść grillowane krewetki, mątwy, kalmary, ośmiornice, ryby i inne smakołyki. Chłopcy zajadali się krewetkami, zaś ja zadowoliłam się rybką i mątwą, gdyż na skorupiaki jestem uczulona.

Tak oto upłynęło krótkie 1,5 dnia w tłocznym i głośnym Phnom Penh. Głośnym, ponieważ klaksonu używa się tam nadzwyczaj często. To już chyba taka Azjatycka moda, ale w Kambodży trąbienia jest zdecydowanie więcej (np. przy wyprzedzaniu, aby osoba jadąca z przodu wiedziała że zamierzamy wykonać taki manewr i mogła usunąć się nam z drogi). O ruchu na drodze będę jeszcze wspominać.

Nazajutrz wsiedliśmy do autobusu, który zawiózł nas do następnej miejscowości. Pobyt tam zostanie opisany w dalszych postach. Z Phnom Penh mamy najmniej zdjęć, natomiast tych z następnego przystanku jest tak wiele, że części będą co najmniej dwie J

wtorek, 14 stycznia 2014

Sąsiedzi

Moi Drodzy! Nadszedł czas, aby wspomnieć o bardzo ważnej sprawie, mianowicie o lokatorach zajmujących sąsiednie mieszkania. Sądzę, że po upływie dwóch miesięcy obserwacji mogę już śmiało wygłosić swoją opinię na ich temat.

Jak już zapewne wiecie mieszkamy w tak zwanym condominium, czyli w naszym przypadku piętrowej parceli podzielonej na 4 mieszkanka (dwa w jednym pionie i dwa w drugim). Nasza trójka zajmuje kwaterę na piętrze. Pod nami rezydują dwie pary. Jedna to Azjaci, przypuszczam że Tajowie, drugą zaś tworzą osobniki rasy białej porozumiewające się w języku angielskim. Wszyscy UWAGA są mężczyznami! Sypialnie w każdym lokum są dwie, więc nietrudno się domyśleć całej reszty. Na początku myślałam, że biali to ojciec z synem, gdyż jeden z nich jest starszy i szpakowaty a drugi ma około 40 lat. Gdy jednak zamiast matki moim oczom ukazali się panowie Tajowie, owo złudzenie szybko prysło. Cała czwórka nie jest w zasadzie uciążliwa. Przeszkadzają jedynie wtedy, gdy godzinami okupują basen. Kiedyś po wyjściu na balkon zdarzyło mi się ujrzeć nieprzyjemny obraz. Na leżakach przy basenie młodszy partner obcinał i szlifował pilniczkiem paznokcie temu starszemu. Nieciekawy widok i chociaż sytuacja się nie powtórzyła, to od tamtej pory mam do nich gorsze nastawienie.

Sąsiedni pion zajmują dwie pary młodych Rosjan (tym razem mieszane). Ci z dołu są bardziej cisi i rzadko ich widać. Chłopaka częściej, bo wychodzi na balkon zapalić. W basenie widziałam ich może tylko ze trzy razy. Parka z góry jest za to zarówno dobrze widoczna, jak i słyszalna. Często ktoś u nich gości, wówczas urządzają imprezy albo przesiadują na balkonie, prowadząc ożywione rozmowy.

Na tym nie kończy się moja opowieść. Oprócz istot ludzkich w naszym sąsiedztwie bytują różnego rodzaju owady, gady, płazy, ptaki i ssaki. Kilka okazów udało się uwiecznić na fotografiach.
Gdy na klatce schodowej zauważam małe gekony, chwytam je i zanoszę do naszego pokoju. Dotychczas złapałam już trzy ale żaden nie zagrzał na dłużej miejsca :/ Pierwszy z nich był u nas najdłużej, czyli przez kilka dni. Wychodził z ukrycia po 23:00 i któregoś wieczoru zrobiłam mu zdjęcie :)





Wielki motyl i pomarańczowa ćma, które dla odmiany znalazły się w mieszkaniu z własnej woli :)







Pewnego popołudnia, przed zachodem słońca kąpałam się w basenie i po chwili zauważyłam, że nie byłam tam zupełnie sama.







Innego dnia, idąc w kierunku parkingu natknęliśmy się na dziwnego jegomościa, który upodobał sobie pobliską palmę.







Wreszcie najmniej szczęśliwy przypadkowy gość, dudek pospolity. Biedaczek wleciał do domu i spanikowany obijał się o zamknięte okno. Szybko zrobiliśmy mu zdjęcie i otworzyliśmy drogę ewakuacyjną.





Jak widzicie, na wyspie nigdy nie jesteśmy sami. Zewsząd otaczają nas rozmaite stworzenia. Jedne bardziej przyjazne, inne mniej. Zawsze trzeba mieć się na baczności i trzymać w pobliżu aparat. Można zrobić naprawdę ciekawe i niepowtarzalne zdjęcia.

Za 4 dni ruszamy w dziewięciodniową podróż do Kambodży. Więcej nie zdradzę. Sami zobaczycie jak bardzo egzotyczny jest ten kraj. Fotorelacja z pewnością będzie interesująca, a także obszerna. Spodziewajcie się jej na początku lutego!