Cali
i zdrowi wróciliśmy z dziewięciodniowej wycieczki do Kambodży. Wraz z
chłopakiem zrobiliśmy ponad 600 zdjęć, a kolega ponad 1100 (ułamek jego
kolekcji znajdzie się na blogu). Jest z czego wybierać i ze względu na dużą
ilość wrażeń oraz fotografii zamierzam podzielić relację na kilka części. Ile
ich będzie jeszcze nie wiem, ale z pewnością opisywanie wszystkiego i
umieszczanie na blogu stanie się zajęciem na najbliższe tygodnie. Zamierzam jak
najdokładniej odwzorować nabyte doświadczenia oraz wspomnienia tak, abyście czytając
mogli poczuć się częścią naszej historii.
Wszystko
zaczęło się 18 stycznia. Pobudka przed 6:00 rano i podróż skuterem na lotnisko.
Nie lecieliśmy bezpośrednio z Phuket do serca Kambodży. Czekała nas jeszcze „przesiadka”
w Bangkoku i kilkugodzinne czekanie na lot do Phnom Penh.
Po
wylądowaniu w stolicy Tajlandii mieliśmy ponad 4 godziny do następnego lotu,
toteż postanowiliśmy udać się na obiadek gdzieś w centrum. Dojechaliśmy do
obranego punktu najpierw autobusem, a później koleją miejską. Przesiadając się
z pierwszego środku transportu w drugi, natknęliśmy się na pana sprzedającego
pyszne gofry. Żałuję, że nie mam zdjęcia ale byłam bardzo głodna, a do tego
spieszyliśmy się, wskutek czego nie myślałam wówczas o wyciąganiu aparatu. W Internecie
znalazłam pasującą fotkę:
Kupiliśmy
z 2 migdałami oraz 1 z kremem waniliowym. Istne niebo w gębie! Zjadłam całego z
kremem, mimo że zbliżał się obiad. Gdyby sprzedawano takie na wyspie byłabym
przeszczęśliwa J
Obiad
zjedliśmy w bufecie sushi, gdzie za 35/os złotych można było w czasie nie
dłuższym niż 75 minut najeść do woli. Do wyboru były różne kombinacje kawałków
sushi, natomiast przy stołach znajdowało się coś takiego:
Jeżdżące
składniki dobrze nadawały się do sporządzenia własnej zupy. Bulion zamawiało
się na wstępie, a na stole na płycie grzewczej umiejscowiono naczynie, w którym
można było taką zupkę ugotować. My zamiast zupy po prostu gotowaliśmy wybrane
składniki jako dodatek do sushi. Najedzeni do syta wróciliśmy na lotnisko, po
czym odlecieliśmy do Kambodży.
PHNOM PENH
Lot
do Phnom Penh był chyba moim najlepszym oraz najkrótszym lotem, gdyż prawie
cały przespałam. Pozwoliło mi to nabrać energii na kolejne godziny. Po
zameldowaniu się w hotelu odpoczęliśmy chwilkę, a następnie ruszyliśmy w
kierunku promenady położonej nad rzeką Mekong oraz pobliskich knajpek. Tam,
jedząc kolację i popijając smaczne drinki spędziliśmy pierwszy wieczór w
stolicy.
Zdjęcia Mekongu oraz zatłoczonej ulicy umiejscowionej nad rzeką:
Ludzie wrzucali do wody złote ryby czy coś podobnego. Niestety nie mam pojęcia po co to robili.
Na promenadzie umieszczono flagi różnych państw. Polska również gdzieś tam jest.
Kolejnego
dnia, po śniadaniu, wybraliśmy się na zwiedzanie. Do głównych atrakcji
turystycznych PP zalicza się między innymi Pałac Królewski i Srebrną Pagodę,
czyli rezydencję królów Kambodży zbudowaną w 1860 roku oraz Muzeum Ludobójstwa
Tuol Sleng. Pewnie niewielu z Was (podobnie jak ja przed wyjazdem do Kambodży)
jest świadoma zbrodni, które miały miejsce w tym kraju w ubiegłym stuleciu. Dokonano
tam chyba najgorszych z możliwych mordów, bo na własnym narodzie. Ciekawych
odsyłam do Wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Czerwoni_Khmerzy
, tudzież innego źródła informacji.
Wspomniane
muzeum było niegdyś szkołą, zamienioną później w więzienie i miejsce przesłuchań
oraz tortur dokonywanych przez Czerwonych Khmerów. Kolejny link, gdyby ktoś
chciał poczytać http://pl.wikipedia.org/wiki/Tuol_Sleng.
Pałac Królewski i Srebrna Pagoda:
O
innych znanych miejscach nie będę się rozpisywać, gdyż albo nie posiadam zdjęć
albo tam nie byliśmy.
Wieczorem
pojechaliśmy wieczorem zobaczyć Russian Market czyli duży bazar, który nazwano
tak na cześć narodu licznie i często odwiedzającego Kambodżę. Niestety ów targ
już zamknięto, lecz wycieczka nie poszła na marne, ponieważ otwarty był
przyległy bar z rybami i owocami morza.
Tanio
można było zjeść grillowane krewetki, mątwy, kalmary, ośmiornice, ryby i inne
smakołyki. Chłopcy zajadali się krewetkami, zaś ja zadowoliłam się rybką i
mątwą, gdyż na skorupiaki jestem uczulona.
Tak
oto upłynęło krótkie 1,5 dnia w tłocznym i głośnym Phnom Penh. Głośnym,
ponieważ klaksonu używa się tam nadzwyczaj często. To już chyba taka Azjatycka
moda, ale w Kambodży trąbienia jest zdecydowanie więcej (np. przy wyprzedzaniu,
aby osoba jadąca z przodu wiedziała że zamierzamy wykonać taki manewr i mogła
usunąć się nam z drogi). O ruchu na drodze będę jeszcze wspominać.
Nazajutrz
wsiedliśmy do autobusu, który zawiózł nas do następnej miejscowości. Pobyt tam
zostanie opisany w dalszych postach. Z Phnom Penh mamy najmniej zdjęć, natomiast
tych z następnego przystanku jest tak wiele, że części będą co najmniej dwie J