wtorek, 28 stycznia 2014

Wyprawa do kraju Khmerów Cz.1

Cali i zdrowi wróciliśmy z dziewięciodniowej wycieczki do Kambodży. Wraz z chłopakiem zrobiliśmy ponad 600 zdjęć, a kolega ponad 1100 (ułamek jego kolekcji znajdzie się na blogu). Jest z czego wybierać i ze względu na dużą ilość wrażeń oraz fotografii zamierzam podzielić relację na kilka części. Ile ich będzie jeszcze nie wiem, ale z pewnością opisywanie wszystkiego i umieszczanie na blogu stanie się zajęciem na najbliższe tygodnie. Zamierzam jak najdokładniej odwzorować nabyte doświadczenia oraz wspomnienia tak, abyście czytając mogli poczuć się częścią naszej historii.

Wszystko zaczęło się 18 stycznia. Pobudka przed 6:00 rano i podróż skuterem na lotnisko. Nie lecieliśmy bezpośrednio z Phuket do serca Kambodży. Czekała nas jeszcze „przesiadka” w Bangkoku i kilkugodzinne czekanie na lot do Phnom Penh.

Po wylądowaniu w stolicy Tajlandii mieliśmy ponad 4 godziny do następnego lotu, toteż postanowiliśmy udać się na obiadek gdzieś w centrum. Dojechaliśmy do obranego punktu najpierw autobusem, a później koleją miejską. Przesiadając się z pierwszego środku transportu w drugi, natknęliśmy się na pana sprzedającego pyszne gofry. Żałuję, że nie mam zdjęcia ale byłam bardzo głodna, a do tego spieszyliśmy się, wskutek czego nie myślałam wówczas o wyciąganiu aparatu. W Internecie znalazłam pasującą fotkę:


Kupiliśmy z 2 migdałami oraz 1 z kremem waniliowym. Istne niebo w gębie! Zjadłam całego z kremem, mimo że zbliżał się obiad. Gdyby sprzedawano takie na wyspie byłabym przeszczęśliwa J

Obiad zjedliśmy w bufecie sushi, gdzie za 35/os złotych można było w czasie nie dłuższym niż 75 minut najeść do woli. Do wyboru były różne kombinacje kawałków sushi, natomiast przy stołach znajdowało się coś takiego:


Jeżdżące składniki dobrze nadawały się do sporządzenia własnej zupy. Bulion zamawiało się na wstępie, a na stole na płycie grzewczej umiejscowiono naczynie, w którym można było taką zupkę ugotować. My zamiast zupy po prostu gotowaliśmy wybrane składniki jako dodatek do sushi. Najedzeni do syta wróciliśmy na lotnisko, po czym odlecieliśmy do Kambodży.

PHNOM PENH

Lot do Phnom Penh był chyba moim najlepszym oraz najkrótszym lotem, gdyż prawie cały przespałam. Pozwoliło mi to nabrać energii na kolejne godziny. Po zameldowaniu się w hotelu odpoczęliśmy chwilkę, a następnie ruszyliśmy w kierunku promenady położonej nad rzeką Mekong oraz pobliskich knajpek. Tam, jedząc kolację i popijając smaczne drinki spędziliśmy pierwszy wieczór w stolicy.
Zdjęcia Mekongu oraz zatłoczonej ulicy umiejscowionej nad rzeką:



Ludzie wrzucali do wody złote ryby czy coś podobnego. Niestety nie mam pojęcia po co to robili.


Na promenadzie umieszczono flagi różnych państw. Polska również gdzieś tam jest.

Kolejnego dnia, po śniadaniu, wybraliśmy się na zwiedzanie. Do głównych atrakcji turystycznych PP zalicza się między innymi Pałac Królewski i Srebrną Pagodę, czyli rezydencję królów Kambodży zbudowaną w 1860 roku oraz Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng. Pewnie niewielu z Was (podobnie jak ja przed wyjazdem do Kambodży) jest świadoma zbrodni, które miały miejsce w tym kraju w ubiegłym stuleciu. Dokonano tam chyba najgorszych z możliwych mordów, bo na własnym narodzie. Ciekawych odsyłam do Wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Czerwoni_Khmerzy , tudzież innego źródła informacji.
Wspomniane muzeum było niegdyś szkołą, zamienioną później w więzienie i miejsce przesłuchań oraz tortur dokonywanych przez Czerwonych Khmerów. Kolejny link, gdyby ktoś chciał poczytać http://pl.wikipedia.org/wiki/Tuol_Sleng.



Pałac Królewski i Srebrna Pagoda:



O innych znanych miejscach nie będę się rozpisywać, gdyż albo nie posiadam zdjęć albo tam nie byliśmy.

Wieczorem pojechaliśmy wieczorem zobaczyć Russian Market czyli duży bazar, który nazwano tak na cześć narodu licznie i często odwiedzającego Kambodżę. Niestety ów targ już zamknięto, lecz wycieczka nie poszła na marne, ponieważ otwarty był przyległy bar z rybami i owocami morza.


Tanio można było zjeść grillowane krewetki, mątwy, kalmary, ośmiornice, ryby i inne smakołyki. Chłopcy zajadali się krewetkami, zaś ja zadowoliłam się rybką i mątwą, gdyż na skorupiaki jestem uczulona.

Tak oto upłynęło krótkie 1,5 dnia w tłocznym i głośnym Phnom Penh. Głośnym, ponieważ klaksonu używa się tam nadzwyczaj często. To już chyba taka Azjatycka moda, ale w Kambodży trąbienia jest zdecydowanie więcej (np. przy wyprzedzaniu, aby osoba jadąca z przodu wiedziała że zamierzamy wykonać taki manewr i mogła usunąć się nam z drogi). O ruchu na drodze będę jeszcze wspominać.

Nazajutrz wsiedliśmy do autobusu, który zawiózł nas do następnej miejscowości. Pobyt tam zostanie opisany w dalszych postach. Z Phnom Penh mamy najmniej zdjęć, natomiast tych z następnego przystanku jest tak wiele, że części będą co najmniej dwie J

1 komentarz: