środa, 12 lutego 2014

Wyprawa do kraju Khmerów Cz.5

KEP

Następnego dnia pojechaliśmy do nadmorskiego miasteczka Kep, oddalonego o niecałe 30 km. 


Droga, chociaż wydawała się krótka, niemiłosiernie się dłużyła. Wszystko to za sprawą piaskowo-żwirowego podłoża. Momentami czułam się jakbym jechała na koniu (wcale nie żartuję :)) Do tego kurzyło się okrutnie. Mimo tego, że mieliśmy zabudowane kaski, to i tak wdychaliśmy piasek.


Wreszcie przybyliśmy na miejsce. Naszym oczom ukazało się bezkresna woda, a do tego całkiem ładna plaża.
W oddali możecie dostrzec kopce z tego ładnego, białego piaseczku, który specjalnie sprowadzono
i wyłożono na plaży.


Kep to miasteczko z dużą ilością pomników. Myślę, że znajduję się tam powyżej 10 tego typu budowli.
Oto niektóre z nich:




Oprócz morza i pomników, warto odwiedzić pobliską świątynię położoną na wzgórzu. Aby się do niej dostać, należy pokonać dokładnie 145 stopni (specjalnie liczyłam).


Na tym nie koniec. Po przejściu paru kroków okazało się, że schodów jest więcej. Tych już nie liczyłam.


Warto się wspiąć na szczyt, gdyż po drugiej stronie budowli rozpościera się ładny widok na okolicę.


Oprócz tego, można ujrzeć posąg o sympatycznych czterech licach.


Drzwi do wnętrza świątyni były uchylone, toteż ukradkiem pstryknęliśmy pamiątkowe zdjęcie.


Po opuszczeniu tego miejsca, pojeździliśmy trochę po okolicy, a w drodze powrotnej do Kampot zajechaliśmy
na plantację pieprzu.



Początki upraw datuje się na XIII wiek. Podobno pieprz ten znany jest i ceniony na całym świecie.

Tego dnia przyszedł czas, aby pożegnać się z miasteczkiem Kampot. Dnia kolejnego czekała nas podróż do Siem Reap.
Na pamiątkę umieszczam ostatnie zdjęcia z miejsca, które wyjątkowo polubiłam. 
Pierwsza fotka przedstawia rondo z owocem duriana, który choć lubiany przez Azjatów, ma wyjątkowo intensywny aromat i może wydawać się wręcz cuchnący dla mieszkańców pozostałych kontynentów.


Na zdjęciu numer dwa widnieje nietypowy stary most, złożony jakby z dwóch odmiennych części.
Mogą poruszać się po nim niewielkie samochody osobowe oraz jednoślady. Dla pozostałych pojazdów wybudowano rzecz jasna nowy, solidniejszy.


Wyprawa do kraju Khmerów Cz.4

Po zjedzeniu obiadu wsiedliśmy na skuter i ruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. W przewodniku zauważyliśmy przybrzeżną wysepkę Try Koh, położoną zaledwie 700 metrów od naszego guesthousu. Miejsce wydawało się bardzo interesujące, gdyż centralną część wyspy pokrywały zaznaczone na biało „salt fields”, czyli pola soli. Podobno taka „uprawa” soli polega na tym, że miejscowi transportują na specjalne pola wodę z morza i zbierają sól, która się wytrąca.



Oprócz powyższej atrakcji, na wyspie oglądaliśmy wiejskie krajobrazy. Chciałam Wam pokazać, jak wygląda większość domów na wsi (o ile nie są to zwykłe małe budki z blachy falistej). Domy buduje się na takich słupach, palach. Zastanawiałam się z czego to wynika. Czy to nie jest przypadkiem ochrona przed podtopieniem. Sądzę jednak, że może to być przede wszystkim schronienie dla bydła, które zapędza się tam przed zachodem słońca.



Kontynuując temat Khmerskich domostw, przedstawię jeszcze fotki z kolekcji naszego kolegi.



Zajrzyjmy do środka..


Warunki zupełnie nam nieznane, ale tak żyje bardzo wiele rodzin w Kambodży.

W drodze powrotnej z wysepki Try Koh, zajechaliśmy jeszcze do znajdującej się przy wyjeździe Świątyni.




Powoli zachodziło już słoneczko. Lokalni rybacy wyruszali na nocny połów.



Szybciutko podążyliśmy do guesthousu i kilka minut później podziwialiśmy piękny zachód słońca z naszego tarasu.




sobota, 1 lutego 2014

Wyprawa do kraju Khmerów Cz.3

Następnym interesującym miejscem, które odwiedziliśmy było Teuk Chhou Wildlife Education Park, znajdujące się niecałe 10 km od Kampot. Innymi słowy Zoo bądź ośrodek, do którego trafiły między innymi zwierzęta będące niedoszłymi ofiarami handlu, a także chore, okaleczone. Nigdy dotąd nie byliśmy w takim miejscu. Miało one niewiele wspólnego z Zoo, które znaliśmy. Ośrodek prowadzony przez organizację non-profit najlepiej określają słowa zawarte w przewodniku „the most surreal zoo you ever visit”. Przez pierwsze pół godziny nie zobaczyliśmy nigdzie żadnego człowieka prócz nas. Olbrzymi, zaniedbany teren oraz brak wyznaczonych kierunków zwiedzania oraz informacji wprawił nas w nie lada osłupienie. Na klatkach, bądź obok nich często zamiast nazwy danego gatunku widniał po prostu numer. W tym chaosie z pewnością nie zobaczyliśmy wszystkich zwierzątek, ale nachodziliśmy się sporo i ostatecznie wyszliśmy stamtąd zadowoleni. Oto parę zdjęć wybranych ze zbioru niespełna 70 fotek:
Na terenie Zoo znajdowało się wiele różnobarwnych figur, jak np. ta:


Opuszczone karuzele, jak w scenach z horroru:



Wreszcie główni bohaterowie wycieczki, wspaniałe zwierzątka:









Napisałam, że wyszliśmy zadowoleni. Patrzenie na zamknięte w ciasnych klatkach stworzenia z pewnością nie napełniło nas radością, jednakże cieszyliśmy się, że skromnymi 8 dolarami (za wejściówki) mogliśmy je wspomóc. Całość opłaty wstępnej podobno przeznaczana jest jedzenie. 

Po powrocie udaliśmy się do polecanej w przewodniku knajpy o nazwie Rusty Keyhole. Specjalnością tego miejsca były żeberka podawane z ziemniakami i surówką. Danie faktycznie było pyszne, a przy tym bardzo sycące. Zdecydowanie podpisujemy się pod rekomendacją.


To jeszcze nie koniec atrakcji owego dnia :)  Ciąg dalszy znajdziecie w następnym wpisie!