niedziela, 29 grudnia 2013

Phuket Old Town

Tydzień temu postanowiliśmy odwiedzić Starówkę. Serce jakiegoś miejsca przecież zawsze kryje w sobie piękną historię i wspaniałe zabytki warte obejrzenia. Tym razem jednak nie odkryliśmy żadnych wspaniałości. Stare miasto to po prostu splot dosyć wąskich uliczek, przy których gdzieniegdzie znajduje się coś godnego uwagi, np. świątynia, ozdobna brama bądź figura złotego smoka J
Na szczęście uzbierała się garstka fotek, które mogę Wam pokazać:








Mimo niewielkiej ilości atrakcji uważam wycieczkę za bardzo udaną. Podejrzewam, że gdybyśmy dokładnie obeszli każdą uliczkę, znaleźlibyśmy więcej interesujących obiektów. Nie czuję jednak niedosytu, a głód zwiedzania z pewnością zaspokoję w styczniu. Planujemy odwiedzić pobliską wyspę Phi Phi, a w drugiej połowie miesiąca wyruszamy za granicę. Nie zdradzę dokąd, będziecie mieli niespodziankę :)

Wspomnę jeszcze o Świętach, które minęły zaledwie parę dni temu. Wigilię spędziliśmy w gronie znajomych. Wszystko wyszło spontanicznie w ostatniej chwili, toteż nie poczyniliśmy żadnych specjalnych przygotowań. Ja zrobiłam prostą sałatkę ze składników, które miałam pod ręką, natomiast reszta towarzystwa zamówiła  w pobliskiej knajpce ryby i owoce morza. "Wieczerza" odbyła się w naszym mieszkanku. Całość miała ze Świętami chyba tylko 3 wspólne mianowniki: ryby, grono osób oraz kolędy, które leciały w tle podczas biesiadowania. Nie mniej jednak cieszę się, że to nie był zwyczajny dzień jak co dzień. Pojutrze Sylwester, szykuje się wyprawa do imprezowej dzielnicy Patong. Mam nadzieję, że to będzie cudowny wieczór.
Życzę Wam wszystkim szampańskiej zabawy do białego rana! Następna relacja w przyszłym roku!

piątek, 13 grudnia 2013

Fotki z targu 2

Dzisiaj znów byliśmy na targu i tym razem pamiętałam o zabraniu aparatu fotograficznego :)) Oto co tutaj mamy:
Owoce (smoczy owoc, mangostan, banany, żółte mango)


Tutaj chyba kumkwaty (żółte) i czerwone włochate rambutany. Na dole te podobne do ziemniaków to też owoce, które noszą nazwę langsat  :) 


Ananasy i kokosy (najdalej położone)


Różnego rodzaju przyprawy. Te "kopce" to chyba jakieś mieszanki przypraw. Strasznie śmierdzą :)



Krewetki i jakieś wysuszone rybki



Cuda na kiju, czyli kiełbaski, fish balls, meat balls, krewetki, paluszki krabowe i inne




Nie mam pojęcia co to jest, ale ładnie wyglądało :)


Świńskie głowy oraz inne mięsne kąski


Na koniec coś dla amatorów kurczaków. Macie niepowtarzalną okazję zapoznać się z ich wnętrzem :)


poniedziałek, 9 grudnia 2013

Zastój

Moi Drodzy! Zrobiłam przez jakiś czas przerwę w blogowaniu, ponieważ totalnie nic ciekawego się nie działo. Zastój, letarg, gnuśność, impas, stagnacja. Dzień za dniem mija błyskawicznie i trudno uwierzyć, że już przeszło 1,5 miesiąca jesteśmy na wyspie. Do Polski wracamy w drugiej połowie maja i jestem pewna, że w dzień powrotu pomyślę, że te 7 miesięcy to zdecydowanie za krótko i jakim cudem to tak szybko minęło.

W kwestii kulinariów również zastój. Nic nie uległo zmianie. Nie ugotowałam przez ostatnie dni niczego, co warto byłoby Wam przedstawić. Na moje autorskie przepisy trzeba będzie poczekać niestety do czerwca ale zapewniam Was, że warto. Przed wyjazdem robiłam naprawdę pyszne rzeczy, za którymi oboje z chłopakiem tęsknimy. Tutaj produkty są inne, wszystko smakuje inaczej i choćbym się bardzo starała, nie da się odtworzyć oryginalnych smaków.

Robiłam ostatnio makaron z brokułami, kurczakiem i śmietaną. Wyszło smaczne, ale zupełnie inne niż w Polsce. Po pierwsze, zabrakło kilku wspaniałych dodatków jak np. mozarella czy parmezan oraz prażonych pestek słonecznika. Co ważniejsze, sama śmietana która w tym daniu jest ważnym spoiwem, smakowała inaczej, o wiele gorzej skutkiem czego całe danie wyraźnie straciło na smaku. Tutaj śmietana nie dość, że kosztuje 4 złote za małe opakowanie, to jest jedynie marną namiastką wspaniałej śmietany polskiej. Bardzo gęsta, o wiele kwaśniejsza (prawie jak kefir) i grudkowata. Mimo tych wszystkich niedogodności kupuję ją czasem, bo bardzo przydaje się w takim daniu jak np. wspomniany makaron z brokułami czy też makaron z grzybami. Fajnie się komponuje i zespala pozostałe składniki. Poza tym, jedząc na okrągło dania z sosami curry i mleczkiem kokosowym mam co jakiś czas ochotę na coś, co nie jest słodkie i pikantne.

Obecnie właśnie tak przedstawiają się sprawy związane z moim gotowaniem J Czasem coś przyrządzę, ale niemal za każdym razem jestem rozczarowana, bo wiem o ile lepiej mogłoby to smakować. Cóż począć, pozostaje się żywić za 5-6 złotych w tutejszych knajpach bądź na targu i zapomnieć o kuchni polskiej. Nie wypada narzekać, bo miejscowe żarełko jest soczyste, aromatyczne i po domowemu przyrządzane. Knajpek jest mnóstwo, toteż każdy stara się utrzymywać dobrą jakość i smak potraw. Wiele osób, które tu przyjeżdża bardzo ceni sobie tajską kuchnię. Z przyjemnością dostosowują się do nowych smaków i bardzo je sobie chwalą. Nawet do tego stopnia, że wolą tę kuchnię od naszej. W moim przekonaniu kuchnia tajska mimo, że smaczna, różnorodna, egzotyczna i mająca wiele do zaoferowania, nie przebije jednak smaków które znam od dzieciństwa i które zawsze i wszędzie będę broniła J

Dosyć już o kuchni. Nadspodziewanie obszernie rozpisałam się na ten temat. Zastój, jak głosi nagłówek, zawładnął mną przez ostatni czas na wielu płaszczyznach. Postanowiłam jednak wyjść mu naprzeciw. Kupiłam fioletowe trampki za 30 złotych i wczoraj odwiedziłam tutejszą siłownię J Po 1,5 miesiąca co prawda, ale jak mówią „lepiej późno niż wcale”. Siłownia ku mojej wielkiej radości jest bardzo dobrze wyposażona w różnego rodzaju sprzęty zarówno do treningu siłowego, jak i aerobowego. Wejście kosztuje 10 złotych i nie jest ograniczone limitem czasowym. Zadowolona wskoczyłam na bieżnię oraz inne sprzęty, których właściwych nazw niestety nie znam. Zamierzam chodzić regularnie co 2-3 dni. Po wysiłku szybko przebrałam się w bikini, zmoczyłam się pod natryskiem i chlup do basenu. Woda chłodna i przejrzysta, a nade mną palmy i słoneczko. Raj. Człowiek od razu czuje się kilka razy szczęśliwszy. Ja non stop jestem szczęśliwa i wdzięczna za to wszystko czego doświadczam, ale po takim przypływie endorfin nie sposób być po prostu szczęśliwym. Człowiek wznosi się na kolejne poziomy szczęśliwości J A wszystko jedynie za sprawą pary fioletowych trampek.


niedziela, 1 grudnia 2013

Co mnie gryzie

Nie sądziłam, że mogę nienawidzić czegoś bardziej od komarów, jakże się myliłam. Wrogiem numer jeden są ich krewniacy, czyli tutejsze moskity. Polski komar jest nieco bardziej subtelny, atakuje pod osłoną nocy. Te darmozjady natomiast nie mają żadnych skrupułów i kąsają również za dnia. Do tego mniejsze, przez co trudniej je zauważyć i zlikwidować. Mniejsze skrzydełka wydają prawie niesłyszalny dla ucha dźwięk. Prawdziwi mistrzowie zbrodni. Codziennie po przebudzeniu idę do kuchni zrobić kawę, herbatę i śniadanie. Nawet nie wiem kiedy któryś podleci i dziabie raz za razem, nienasycony i żądny krwi. Wracam smutna i zła z kilkoma ugryzieniami, a kawa już nie smakuje tak samo. Całe nogi mam w strupach, bo naprawdę ciężko mi powstrzymać się od drapania. Swędzi i piecze jak diabli, do tego powiększa się w zastraszającym tempie, bom na te cholerstwo uczulona. Doprawdy nie wiem już jak mam je tępić. Smarowanie śmierdzącymi maściami oraz opryski nie pomagają. Muszę zaopatrzyć się w lepszy arsenał i na dobre rozpocząć batalię. To już powoli staje się sprawą najwyższej wagi. Na pocieszenie, moje poranione ciało mogę już wymoczyć w basenie. O dziwo ktoś dobrze wykonał swoją robotę i woda znów jest krystalicznie czysta. Sąsiedzi od dobrej godziny okupują basen, więc ja skorzystam z niego tuż przed zachodem słońca. Widok jest piękny, a słońce nie świeci prosto w twarz, więc kąpiel o tej porze jest bardzo przyjemna :)

UPDATE

Wyczyszczony basenik :) Zachód słońca tym razem skrył się gdzieś za chmurami, więc nie było sensu fotografować.


sobota, 30 listopada 2013

Nie całkiem jak w raju

Nie myślcie sobie, że my tu prowadzimy sielankowe życie pozbawione wszelkich niedogodności. Dla przykładu, wczoraj wybraliśmy się na znajomy bazarek, gdzie kupiliśmy parę potraw na obiadek i kolację. Wybraliśmy między innymi rybę w jakimś czerwonym sosie, papryki zielone nadziewane mięsem i ugotowane w jakimś rosołku, kiełbaski wieprzowe, sajgonki, Massaman Curry. Okazało się, że ryba była za ostra, sajgonki tak suche, że ciężko było je zjeść. Ponadto, kiełbaski wieprzowe nie miały nic wspólnego z dobrze nam znanymi polskimi kiełbasami. Nie dość, że naszprycowane jakimiś niesmacznymi przyprawami, to zamiast mięsa włożono tam głównie tłuszcz i jakieś ochłapy. Wolę nie rozmyślać co dokładnie miały kamuflować te wszystkie przyprawy. Jakby tego było mało, kolacja rozczarowała nas jeszcze mocniej. Nadziewane papryczki, które przecież tak ładnie się prezentowały, były niewiarygodnie gorzkie i słone. Winowajcą był niewinnie wyglądający rosołek, a dokładniej zanurzone w nim zielone badyle, za sprawą których cała potrawa utonęła w morzu goryczy. Dało się zjeść jedynie mięsko, które na szczęście nie przeszło tak bardzo ohydnym wywarem. Jedyną dobrą rzeczą był Massaman Curry, który podany na śniadanie przyjemnie rozpoczął dzień dzisiejszy, a przy tym zatarł pamięć o zjedzonych wczoraj paskudztwach. Niemiłych niespodzianek nie nastąpił niestety kres. Po nocy woda w naszym basenie przybrała niezdrowo zielony kolor. O pływaniu w ciągu najbliższych dni możemy zapomnieć. Mam nadzieję, że szybko zjawią się fachowcy. Niesmaczne jedzenie i brudny basen, to najświeższe aczkolwiek nie jedyne nieprzyjemności, które spotkały nas na Phuket. Kiedyś na przykład kilka godzin nie było prądu, a następnie przez jakiś czas wody. Nieciekawa sytuacja tym bardziej, że miała miejsce rano i nie można było zaparzyć sobie kawki ani wziąć prysznica. Całe szczęście ta usterka nie trwała zbyt długo i miejmy nadzieję, że się już więcej nie powtórzy.

Troszkę sobie ponarzekałam, ale taki był cel tego wpisu. Przykre niespodzianki mogą zaskoczyć nas zawsze i wszędzie J Dziś wzięłam sprawy w swoje ręce i ugotowałam obiadek. Po raz pierwszy zrobiłam puree z marchwi. Pycha. Z pewnością zrobię ponownie i wrzucę zdjęcie. Fotka na dziś musi być adekwatna do tematu przewodniego J Oto nasz zielony basen


środa, 27 listopada 2013

Winna kaczka

Dzisiaj na obiad zrobiłam kacze podudzia gotowane w winie, do których podałam ziemniaki zasmażane z cebulą oraz jabłka duszone w sosie winno-pomarańczowym. Przepis jest w stu procentach mój. Będąc w Polsce robiłam polędwiczkę wieprzową w sosie winnym z suszonymi śliwkami (i ewentualnie jabłkami). Z kaczką jeszcze nie eksperymentowałam, lecz pamiętałam z różnych kulinarnych programów, że można ją serwować w towarzystwie słodkich sosów i dodatków. Wyszło przepyszne. Mam niesamowitą satysfakcję, gdy wymyślę jakieś danie, które wyjdzie mi na nieskromne 9/10. Załączam zdjęcie wykonane przez mojego chłopaka. Ze mnie niestety kiepściutki fotograf. Gdyby ktoś chciał poznać recepturę proszę napisać stosowny komentarz J Chętnie zdradzę przepis, póki mam go jeszcze w głowie.


Na prośbę czytelnika podaję recepturę :)

  • Składniki:

- podudzia kacze (ilość adekwatna do liczby głodomorów oraz ich możliwości)
- ziemniaki (jak wyżej)
- jabłka (jak wyżej)
- 1 pomarańcza
- 1 duża cebula
- butelka czerwonego wina (zalecam wytrawne)
- masło
- brązowy lub trzcinowy cukier
- sok z cytryny lub limonki
- ocet winny
- przyprawa chilli
- przyprawa rozmaryn
- przyprawa cynamon
- sól
- pieprz

  • Wykonanie:

Należy umyć podudzia, ułożyć je w płaskim i szerokim naczyniu i zalać około 1/3 wina tak, aby były mniej więcej do połowy zamoczone. Po pół godziny przełożyć je na drugi boczek i zostawić na kolejne 30 minut. Po upływie wskazanego czasu rozgrzać patelnię i przełożyć na nią podudzia wraz z pozostałym sosem. Dodać chilli, sól i rozmaryn wedle upodobania. Podlewając wodą od czasu do czasu i przekładając podudzia, dusić je około godziny do momentu aż mięsko będzie wyraźnie odchodziło od kości. Pod koniec duszenia dodać łyżkę masła oraz sok z połowy pomarańczy i gotować, aż sosik się zredukuje a podudzia będą gotowe.

Jabłka pokroić w grube kawałki, wycisnąć sok z pomarańczy. Jabłka zalać 100 ml wina, łyżeczką octu i połową soku z pomarańczy. Dodać płaską łyżeczkę cynamonu, a także trochę soku z cytryny/limonki wedle upodobań, ale żeby nie było zbyt kwaśno. W rondelku na małym ogniu rozpuścić 2 łyżki masła i po chwili dodać 2 płaskie łyżki cukru. Po przemieszaniu składników dodać odcedzone jabłka, a marynatę zostawić na później. Poddusić chwilę jabłka na masełku z cukrem, a następnie zalać marynatą i gotować do momentu zredukowania sosu. Jeśli uważasz, że jest za słodko dodaj jeszcze wina oraz szczyptę soli i ponownie zredukuj sos.

Obrane ziemniaki pokroić w grube talary i ugotować prawie do miękkości w osolonej wodzie. Po odcedzeniu ziemniaków zalać je olejem w niedużej ilości i delikatnie przemieszać, aby mógł się równomiernie rozłożyć. Cebulę pokroić w piórka i zasmażać na łyżce oleju razem z ziemniakami. Na koniec lekko przyprawić pieprzem.


!!! Pamiętaj, aby kierować się własnym smakiem i intuicją. Pomiń przyprawy, których nie lubisz lub zastąp je substytutami jeśli uważasz, że będzie Ci to lepiej smakowało. Przepis to jedynie pewna wytyczna, której sztywno należy się trzymać jedynie przy robieniu deserów. Smacznego!

wtorek, 26 listopada 2013

Wizyta u Wielkiego Buddy

Wczorajszy dzień był wspaniały, pełen absolutnie wyjątkowych wrażeń. Wybraliśmy się złożyć wizytę Wielkiemu Buddzie, który góruje nad wyspą. Jadąc na szczyt wielkiego wzniesienia podziwialiśmy niesamowite widoki. Z pewnością wybierzemy się tam jeszcze, ponieważ widok krajobrazu naprawdę zapiera dech w piersi. Sami zobaczcie:





Oto Budda we własnej osobie, a także pozostałe wspaniałe postacie, które tam spotkaliśmy






Na koniec bardzo sympatyczny kotek, który przechadzał się po terenach pobliskiej knajpki na świeżym powietrzu

niedziela, 24 listopada 2013

Miesięcznica

Jesteśmy tutaj już okrągły miesiąc. Kiedy to minęło? Czas naprawdę płynie w zawrotnym tempie. 30 dni w Tajlandii to zdecydowanie za krótko. Wszystkim planującym przyjazd tutaj, o ile mają taką możliwość polecam dłuższy pobyt. Minął miesiąc, a my jeszcze właściwie niczego nie zwiedziliśmy. Dzisiaj z okazji miesięcznicy planujemy pojechać na małą wycieczkę :) Postaram się zrobić dużo zdjęć, które pokażę Wam w jutrzejszym poście.

sobota, 23 listopada 2013

Smaki Tajlandii

Moi Drodzy, wreszcie nadszedł czas na długo oczekiwany post na temat kuchni tajskiej. W porównaniu z rodzimą kuchnią są to zupełnie dwa różne światy. Kuchnia tajska bazuje na takich składnikach, jak: sos sojowy, sos rybny, ocet ryżowy, cukier palmowy, papryczki chilli, limonka, trawa cytrynowa, galangal (odpowiednik imbiru), różne pasty curry, mleko kokosowe. Dodatkowo, używa się sporo cebuli, czosnku, marchwi, kapusty, różnych roślin, kwiatów i pędów. Do niektórych dań dołączane są grzyby (np. shitake, mun) bądź orzechy (przeważnie ziemne lub nerkowce).

Dania najczęściej podawane są z białym ryżem bądź noodlami ryżowymi, ewentualnie pszennymi. Noodle czyli makarony mają różne długości i szerokości od takich jakie znaleźć można w popularnych „zupkach chińskich” po naprawdę szerokie płaty. W jednym z tutejszych sklepów zauważyłam nawet ryżowy makaron w kształcie ziarenek ryżu, idealny np. do zup.

Chyba najbardziej popularnym mięskiem jest kurczak i różne jego części. Ponadto wieprzowina, krewetki, mątwy, ryby, ośmiorniczki, kaczka, rzadziej wołowina czy jagnięcina i pozostałe smakołyki.

Tajskie potrawy zwykle są bardzo pikantne i bardzo słodkie. Rzadziej wyczuwalna jest kwaskowość limonki, cytryny bądź octu ryżowego oraz słoność sosu sojowego czy rybnego. Od pierwszych dni zdumiewająca dla mnie była ostrość jedzenia, której jednak się spodziewałam, a co więcej słodycz będąca zupełną niespodzianką. Tyle razy zastanawiałam się, dlaczego tutaj wszystko jest takie słodkie. Słodsze jest zwykłe pieczywo, parówki, mleko, ser, dosłownie wszystko. Skąd to się bierze? Może kiedyś poszukam odpowiedzi na to pytanie.

Dla odmiany, Tajowie soli chyba wcale nie używają. Zastępują ją wspomnianymi sosami (sojowym bądź rybnym tudzież innymi, o których nie mam pojęcia). Podobnież dodatek soli w daniu, gdzie został użyty sos rybny, wytrąca goryczkę. Używanie jej jest zatem bezcelowe. Ja jednak zaopatrzyłam się w dobrze mi znaną białą przyjaciółkę (może wroga, jak twierdzą specjaliści), natomiast z sosami póki co słabo się zakolegowałam.

Nawet nie wiecie, jak bardzo brakuje mi ukochanych składników, które mogłam bez trudu i wyrzutów sumienia kupić w Polsce. Dlaczego teraz mam wyrzuty? Otóż mała śmietana, oczywiście importowana kosztuje tutaj 4 złote. Sery są przynajmniej dwa razy droższe. Dobre wędliny również. Tutaj w zasadzie wszystko, czego przeważnie używałam w Polsce ma kilkakrotnie wyższą cenę. Jakaż była moja radość, gdy udało się kupić pesto za niecałe 5 złotych, gdyż zwykle kosztuje 12-13 złotych. Zatem o daniach z tym składnikiem możemy zapomnieć przez następne sześć miesięcy. Moje ulubione czerwone wytrawne winko również kosztuje ponad dwa razy więcej. Wino za 30 złotych, w dodatku średniej jakości kupujemy tylko na specjalne okazje J Następne pewnie na Święta. Tak na marginesie, to zaczęłam od kilku dni myśleć o tym, jakie potrawy mogłabym przyrządzić z tej okazji. Dziwne to będą Święta, zupełnie inne niż dotychczas. Odbiegłam myślami od głównego tematu i szybciutko wracam na właściwy tor. Drożyzna składników skutkuje tym, że gotuję nieczęsto. Jeżeli gotuję, kupujemy tę nieszczęsną śmietanę, jakieś pszenne makarony, pomidory, ser i tym podobne. Pichcę coś na kształt potraw przyrządzanych w Polsce, jednakże smak nie jest tak dobry. Potwierdza się powszechnie znana opinia, że to co nasze jest bardzo smaczne. Tęsknię za gotowaniem i za tamtymi smakami. Rozsądek nakazuje mi jednak rozkoszowanie się tutejszymi smakami i czerpanie z tej kuchni jak najwięcej, co też w mniejszym bądź większym stopniu czynię. Przeważnie stołujemy się w knajpkach, a na targu kupujemy coś na później. Tak jest oszczędniej i nie ma co ukrywać, smaczniej gdyż ja jeszcze nie potrafię wiernie odtworzyć tych wszystkich smaków. Co prawda, kilka razy ugotowałam coś a la tajskiego. Wyszło całkiem przyzwoicie, ale to za mało żeby pochwalić się na blogu J Troszkę żałuję, że nie zaczęłam blogować kilka miesięcy temu i nie opisywałam tutaj tych wszystkich pyszności, które stworzyłam. Wszystko jeszcze mam nadzieję przede mną, a tymczasem podzielę się z Wami zdjęciami ze wspomnianego targu/bazarku. Można tam smacznie zjeść, za cenę odrobinę mniejszą niż w zwyczajnej knajpce. Dla przykładu w knajpce danie kosztuje 5-6 złotych, a tam 4-5 złotych. To nie pomyłka, naprawdę smacznie i tanio można w Tajlandii zjeść podstawowe dania z noodlami czy ryżem i np. kurczakiem. Porcje nie są co prawda imponujących rozmiarów, ale spokojnie zaspakajają głód. Przecież nie od dziś wiadomo, że zdrowiej jest jeść mniej a częściej. 


Oto cudne, kolorowe pyszności, które mamy przyjemność kosztować na targu. Bardzo smakują mi pierożki, a może raczej kluseczki oraz sajgonki, które chyba najczęściej tam kupujemy.

Poniżej rogaliki z ciasta podobnego do francuskiego, nadziewane bardzo słodkim dżemem z dyni, owocu taro, kurczakiem oraz fasolą.
Całkiem smaczne, aczkolwiek za słodkie nawet te z kurczakiem :) najmniej słodkie za to z fasolą.


Poniżej pozostałe rarytasy. Oczywiście nie próbowaliśmy wszystkiego. Nie kupujemy tam np. surowego mięsa, ryb i owoców morza. Nie wszystko zostało sfotografowane. Stoisk jest o wiele więcej, zależnie od wielkości targów. Ponadto, te bazarki nie stoją codziennie w tym samym miejscu. Zmieniają położenie, a my nie raz jedziemy kilka minut przed siebie rozglądając się za którymś z nich. Przy następnej okazji zrobię zdjęcia innym stoiskom.











Wspaniałe, nieprawdaż? Ja jestem większą zwolenniczką jedzenia potraw z targu, niż mój chłopak. Nie smakują mu zbytnio np. kluseczki/pierożki które ja bardzo lubię. Mamy nieco odmienne gusta, ale w takim miejscu każdy na pewno może znaleźć coś dla siebie. Zgłodniałam nieco pisząc ten post. Czas wyruszyć na obiad. Do następnego!

środa, 20 listopada 2013

Tutaj naprawdę jest inaczej cz.2

Witam po dłuższej nieobecności. Ponaglenia od moich bliskich skutecznie zmotywowały mnie do tego, by wreszcie nadrobić zaległości. Nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie i szczerze przyznaję, że ogarnęło mnie błogie lenistwo. Uwierzcie mi, że tutaj czas płynie inaczej zwłaszcza gdy, ktoś podobnie jak ja nie jest zobowiązany pracą, ani niczym co jest pilne do wykonania. Tajowie też są leniwi i opieszali, widocznie taki urok mieszkania na słonecznej wyspie J Ja zamiast z tym walczyć, po prostu się dostosowałam.

Zgodnie z tym, co obiecałam wznawiam temat różnic między Polską a Tajlandią. Pewnie ciekawi Was, dlaczego nie napisałam jeszcze o różnicach w smaku i gotowaniu. Otóż celowo zaczęłam od łatwo zauważalnych rozbieżności, a tematy kulinarne chciałam zostawić na później. Ja już tak mam, że gdy coś robię staram się to wykonać porządnie, toteż najchętniej wpis o różnicach kulinarnych dodałabym za kilka miesięcy. Wtedy zapewne mogłabym ich wymienić znacznie więcej i to z dużą dozą pewności. Nie będziemy jednak tak długo czekać. W kolejnym poście napiszę to, co udało mi się dotychczas rozpoznać. Dziś natomiast wspomnę jeszcze o dwóch nie kulinarnych różnicach. Nie ujęłam ich w poprzedniej notce, ponieważ nie miałam wtedy zdjęć, które chciałam dołączyć.

Środki transportu to pierwsza z nich. W tym klimacie wygodnie jest poruszać się skuterami. Podczas jazdy powietrze naprawdę przyjemnie ochładza i zupełnie nie czuć tego skwaru, chyba że mamy postój na światłach. Mimo, że słońca nie czuć ono grzeje, więc zwykle smarujemy się kremami z filtrem, aby uniknąć niepożądanych oparzeń. Jazda skuterem jest naprawdę przyjemna i do tego zabawna, gdy można sprytnie omijać korki w godzinach szczytu. Wówczas cała wataha skuterów jedzie poboczem, lub środkiem pomiędzy dwoma rzędami aut. Po dotarciu do sygnalizatorów świetlnych, skutery stoją w pierwszym rzędzie, za nimi zaś auta. Dodam, że kieruje mój chłopak. Ja zaś na pozycji pasażera, bacznie obserwuję otoczenie. Poniżej zdjęcie skuterów zrobione podczas postoju na światłach.


Skuterów widuje się na drodze mniej więcej tyle co aut, a wśród samochodów z kolei występuje bardzo dużo pikapów. Pikapy służą do przewozu różnego rodzaju przedmiotów, a także ludzi. Kilkunastu Tajów transportowanych jest w ten sposób np. na różne place budowy.


Pikapa wypełnionego Tajami jeszcze nie sfotografowałam, ale mam za to zdjęcie jakiegoś innego zatłoczonego pojazdu. Być może jest to autobus J


Druga kwestia to obecność dzikich lokatorów. W Polsce w naszych domach/mieszkaniach możemy napotkać pająki, mrówki, różne latające owady, karaluchy i jeszcze inne niechciane stworzenia. Tutaj, dodatkowo można natknąć się na gekony. Na szczęście gady występujące w naszym otoczeniu są niewielkie i zupełnie niegroźne, a wyglądają mniej więcej w ten sposób:


Chowają się przed ludźmi i nie są mocno uciążliwe, jednakże gekon wybiegający znienacka spod tostera potrafi wystraszyć J Trzeba pamiętać o zabezpieczeniu i zamykaniu wszelkich produktów żywnościowych. Koledze zdarzyło się znaleźć gekona buszującego w płatkach śniadaniowych J


To wszystko na dziś. Jak już wcześniej wspomniałam, kulinariom będzie poświęcony następny i odrębny wpis. Będzie kolorowo, bo zamierzam dołączyć wiele zdjęć zrobionych na targu. Postaram się napisać jak najszybciej, być może nawet jutro lub pojutrze. Pozdrawiam cieplutko moich wyrozumiałych czytelników J