sobota, 30 listopada 2013

Nie całkiem jak w raju

Nie myślcie sobie, że my tu prowadzimy sielankowe życie pozbawione wszelkich niedogodności. Dla przykładu, wczoraj wybraliśmy się na znajomy bazarek, gdzie kupiliśmy parę potraw na obiadek i kolację. Wybraliśmy między innymi rybę w jakimś czerwonym sosie, papryki zielone nadziewane mięsem i ugotowane w jakimś rosołku, kiełbaski wieprzowe, sajgonki, Massaman Curry. Okazało się, że ryba była za ostra, sajgonki tak suche, że ciężko było je zjeść. Ponadto, kiełbaski wieprzowe nie miały nic wspólnego z dobrze nam znanymi polskimi kiełbasami. Nie dość, że naszprycowane jakimiś niesmacznymi przyprawami, to zamiast mięsa włożono tam głównie tłuszcz i jakieś ochłapy. Wolę nie rozmyślać co dokładnie miały kamuflować te wszystkie przyprawy. Jakby tego było mało, kolacja rozczarowała nas jeszcze mocniej. Nadziewane papryczki, które przecież tak ładnie się prezentowały, były niewiarygodnie gorzkie i słone. Winowajcą był niewinnie wyglądający rosołek, a dokładniej zanurzone w nim zielone badyle, za sprawą których cała potrawa utonęła w morzu goryczy. Dało się zjeść jedynie mięsko, które na szczęście nie przeszło tak bardzo ohydnym wywarem. Jedyną dobrą rzeczą był Massaman Curry, który podany na śniadanie przyjemnie rozpoczął dzień dzisiejszy, a przy tym zatarł pamięć o zjedzonych wczoraj paskudztwach. Niemiłych niespodzianek nie nastąpił niestety kres. Po nocy woda w naszym basenie przybrała niezdrowo zielony kolor. O pływaniu w ciągu najbliższych dni możemy zapomnieć. Mam nadzieję, że szybko zjawią się fachowcy. Niesmaczne jedzenie i brudny basen, to najświeższe aczkolwiek nie jedyne nieprzyjemności, które spotkały nas na Phuket. Kiedyś na przykład kilka godzin nie było prądu, a następnie przez jakiś czas wody. Nieciekawa sytuacja tym bardziej, że miała miejsce rano i nie można było zaparzyć sobie kawki ani wziąć prysznica. Całe szczęście ta usterka nie trwała zbyt długo i miejmy nadzieję, że się już więcej nie powtórzy.

Troszkę sobie ponarzekałam, ale taki był cel tego wpisu. Przykre niespodzianki mogą zaskoczyć nas zawsze i wszędzie J Dziś wzięłam sprawy w swoje ręce i ugotowałam obiadek. Po raz pierwszy zrobiłam puree z marchwi. Pycha. Z pewnością zrobię ponownie i wrzucę zdjęcie. Fotka na dziś musi być adekwatna do tematu przewodniego J Oto nasz zielony basen


środa, 27 listopada 2013

Winna kaczka

Dzisiaj na obiad zrobiłam kacze podudzia gotowane w winie, do których podałam ziemniaki zasmażane z cebulą oraz jabłka duszone w sosie winno-pomarańczowym. Przepis jest w stu procentach mój. Będąc w Polsce robiłam polędwiczkę wieprzową w sosie winnym z suszonymi śliwkami (i ewentualnie jabłkami). Z kaczką jeszcze nie eksperymentowałam, lecz pamiętałam z różnych kulinarnych programów, że można ją serwować w towarzystwie słodkich sosów i dodatków. Wyszło przepyszne. Mam niesamowitą satysfakcję, gdy wymyślę jakieś danie, które wyjdzie mi na nieskromne 9/10. Załączam zdjęcie wykonane przez mojego chłopaka. Ze mnie niestety kiepściutki fotograf. Gdyby ktoś chciał poznać recepturę proszę napisać stosowny komentarz J Chętnie zdradzę przepis, póki mam go jeszcze w głowie.


Na prośbę czytelnika podaję recepturę :)

  • Składniki:

- podudzia kacze (ilość adekwatna do liczby głodomorów oraz ich możliwości)
- ziemniaki (jak wyżej)
- jabłka (jak wyżej)
- 1 pomarańcza
- 1 duża cebula
- butelka czerwonego wina (zalecam wytrawne)
- masło
- brązowy lub trzcinowy cukier
- sok z cytryny lub limonki
- ocet winny
- przyprawa chilli
- przyprawa rozmaryn
- przyprawa cynamon
- sól
- pieprz

  • Wykonanie:

Należy umyć podudzia, ułożyć je w płaskim i szerokim naczyniu i zalać około 1/3 wina tak, aby były mniej więcej do połowy zamoczone. Po pół godziny przełożyć je na drugi boczek i zostawić na kolejne 30 minut. Po upływie wskazanego czasu rozgrzać patelnię i przełożyć na nią podudzia wraz z pozostałym sosem. Dodać chilli, sól i rozmaryn wedle upodobania. Podlewając wodą od czasu do czasu i przekładając podudzia, dusić je około godziny do momentu aż mięsko będzie wyraźnie odchodziło od kości. Pod koniec duszenia dodać łyżkę masła oraz sok z połowy pomarańczy i gotować, aż sosik się zredukuje a podudzia będą gotowe.

Jabłka pokroić w grube kawałki, wycisnąć sok z pomarańczy. Jabłka zalać 100 ml wina, łyżeczką octu i połową soku z pomarańczy. Dodać płaską łyżeczkę cynamonu, a także trochę soku z cytryny/limonki wedle upodobań, ale żeby nie było zbyt kwaśno. W rondelku na małym ogniu rozpuścić 2 łyżki masła i po chwili dodać 2 płaskie łyżki cukru. Po przemieszaniu składników dodać odcedzone jabłka, a marynatę zostawić na później. Poddusić chwilę jabłka na masełku z cukrem, a następnie zalać marynatą i gotować do momentu zredukowania sosu. Jeśli uważasz, że jest za słodko dodaj jeszcze wina oraz szczyptę soli i ponownie zredukuj sos.

Obrane ziemniaki pokroić w grube talary i ugotować prawie do miękkości w osolonej wodzie. Po odcedzeniu ziemniaków zalać je olejem w niedużej ilości i delikatnie przemieszać, aby mógł się równomiernie rozłożyć. Cebulę pokroić w piórka i zasmażać na łyżce oleju razem z ziemniakami. Na koniec lekko przyprawić pieprzem.


!!! Pamiętaj, aby kierować się własnym smakiem i intuicją. Pomiń przyprawy, których nie lubisz lub zastąp je substytutami jeśli uważasz, że będzie Ci to lepiej smakowało. Przepis to jedynie pewna wytyczna, której sztywno należy się trzymać jedynie przy robieniu deserów. Smacznego!

wtorek, 26 listopada 2013

Wizyta u Wielkiego Buddy

Wczorajszy dzień był wspaniały, pełen absolutnie wyjątkowych wrażeń. Wybraliśmy się złożyć wizytę Wielkiemu Buddzie, który góruje nad wyspą. Jadąc na szczyt wielkiego wzniesienia podziwialiśmy niesamowite widoki. Z pewnością wybierzemy się tam jeszcze, ponieważ widok krajobrazu naprawdę zapiera dech w piersi. Sami zobaczcie:





Oto Budda we własnej osobie, a także pozostałe wspaniałe postacie, które tam spotkaliśmy






Na koniec bardzo sympatyczny kotek, który przechadzał się po terenach pobliskiej knajpki na świeżym powietrzu

niedziela, 24 listopada 2013

Miesięcznica

Jesteśmy tutaj już okrągły miesiąc. Kiedy to minęło? Czas naprawdę płynie w zawrotnym tempie. 30 dni w Tajlandii to zdecydowanie za krótko. Wszystkim planującym przyjazd tutaj, o ile mają taką możliwość polecam dłuższy pobyt. Minął miesiąc, a my jeszcze właściwie niczego nie zwiedziliśmy. Dzisiaj z okazji miesięcznicy planujemy pojechać na małą wycieczkę :) Postaram się zrobić dużo zdjęć, które pokażę Wam w jutrzejszym poście.

sobota, 23 listopada 2013

Smaki Tajlandii

Moi Drodzy, wreszcie nadszedł czas na długo oczekiwany post na temat kuchni tajskiej. W porównaniu z rodzimą kuchnią są to zupełnie dwa różne światy. Kuchnia tajska bazuje na takich składnikach, jak: sos sojowy, sos rybny, ocet ryżowy, cukier palmowy, papryczki chilli, limonka, trawa cytrynowa, galangal (odpowiednik imbiru), różne pasty curry, mleko kokosowe. Dodatkowo, używa się sporo cebuli, czosnku, marchwi, kapusty, różnych roślin, kwiatów i pędów. Do niektórych dań dołączane są grzyby (np. shitake, mun) bądź orzechy (przeważnie ziemne lub nerkowce).

Dania najczęściej podawane są z białym ryżem bądź noodlami ryżowymi, ewentualnie pszennymi. Noodle czyli makarony mają różne długości i szerokości od takich jakie znaleźć można w popularnych „zupkach chińskich” po naprawdę szerokie płaty. W jednym z tutejszych sklepów zauważyłam nawet ryżowy makaron w kształcie ziarenek ryżu, idealny np. do zup.

Chyba najbardziej popularnym mięskiem jest kurczak i różne jego części. Ponadto wieprzowina, krewetki, mątwy, ryby, ośmiorniczki, kaczka, rzadziej wołowina czy jagnięcina i pozostałe smakołyki.

Tajskie potrawy zwykle są bardzo pikantne i bardzo słodkie. Rzadziej wyczuwalna jest kwaskowość limonki, cytryny bądź octu ryżowego oraz słoność sosu sojowego czy rybnego. Od pierwszych dni zdumiewająca dla mnie była ostrość jedzenia, której jednak się spodziewałam, a co więcej słodycz będąca zupełną niespodzianką. Tyle razy zastanawiałam się, dlaczego tutaj wszystko jest takie słodkie. Słodsze jest zwykłe pieczywo, parówki, mleko, ser, dosłownie wszystko. Skąd to się bierze? Może kiedyś poszukam odpowiedzi na to pytanie.

Dla odmiany, Tajowie soli chyba wcale nie używają. Zastępują ją wspomnianymi sosami (sojowym bądź rybnym tudzież innymi, o których nie mam pojęcia). Podobnież dodatek soli w daniu, gdzie został użyty sos rybny, wytrąca goryczkę. Używanie jej jest zatem bezcelowe. Ja jednak zaopatrzyłam się w dobrze mi znaną białą przyjaciółkę (może wroga, jak twierdzą specjaliści), natomiast z sosami póki co słabo się zakolegowałam.

Nawet nie wiecie, jak bardzo brakuje mi ukochanych składników, które mogłam bez trudu i wyrzutów sumienia kupić w Polsce. Dlaczego teraz mam wyrzuty? Otóż mała śmietana, oczywiście importowana kosztuje tutaj 4 złote. Sery są przynajmniej dwa razy droższe. Dobre wędliny również. Tutaj w zasadzie wszystko, czego przeważnie używałam w Polsce ma kilkakrotnie wyższą cenę. Jakaż była moja radość, gdy udało się kupić pesto za niecałe 5 złotych, gdyż zwykle kosztuje 12-13 złotych. Zatem o daniach z tym składnikiem możemy zapomnieć przez następne sześć miesięcy. Moje ulubione czerwone wytrawne winko również kosztuje ponad dwa razy więcej. Wino za 30 złotych, w dodatku średniej jakości kupujemy tylko na specjalne okazje J Następne pewnie na Święta. Tak na marginesie, to zaczęłam od kilku dni myśleć o tym, jakie potrawy mogłabym przyrządzić z tej okazji. Dziwne to będą Święta, zupełnie inne niż dotychczas. Odbiegłam myślami od głównego tematu i szybciutko wracam na właściwy tor. Drożyzna składników skutkuje tym, że gotuję nieczęsto. Jeżeli gotuję, kupujemy tę nieszczęsną śmietanę, jakieś pszenne makarony, pomidory, ser i tym podobne. Pichcę coś na kształt potraw przyrządzanych w Polsce, jednakże smak nie jest tak dobry. Potwierdza się powszechnie znana opinia, że to co nasze jest bardzo smaczne. Tęsknię za gotowaniem i za tamtymi smakami. Rozsądek nakazuje mi jednak rozkoszowanie się tutejszymi smakami i czerpanie z tej kuchni jak najwięcej, co też w mniejszym bądź większym stopniu czynię. Przeważnie stołujemy się w knajpkach, a na targu kupujemy coś na później. Tak jest oszczędniej i nie ma co ukrywać, smaczniej gdyż ja jeszcze nie potrafię wiernie odtworzyć tych wszystkich smaków. Co prawda, kilka razy ugotowałam coś a la tajskiego. Wyszło całkiem przyzwoicie, ale to za mało żeby pochwalić się na blogu J Troszkę żałuję, że nie zaczęłam blogować kilka miesięcy temu i nie opisywałam tutaj tych wszystkich pyszności, które stworzyłam. Wszystko jeszcze mam nadzieję przede mną, a tymczasem podzielę się z Wami zdjęciami ze wspomnianego targu/bazarku. Można tam smacznie zjeść, za cenę odrobinę mniejszą niż w zwyczajnej knajpce. Dla przykładu w knajpce danie kosztuje 5-6 złotych, a tam 4-5 złotych. To nie pomyłka, naprawdę smacznie i tanio można w Tajlandii zjeść podstawowe dania z noodlami czy ryżem i np. kurczakiem. Porcje nie są co prawda imponujących rozmiarów, ale spokojnie zaspakajają głód. Przecież nie od dziś wiadomo, że zdrowiej jest jeść mniej a częściej. 


Oto cudne, kolorowe pyszności, które mamy przyjemność kosztować na targu. Bardzo smakują mi pierożki, a może raczej kluseczki oraz sajgonki, które chyba najczęściej tam kupujemy.

Poniżej rogaliki z ciasta podobnego do francuskiego, nadziewane bardzo słodkim dżemem z dyni, owocu taro, kurczakiem oraz fasolą.
Całkiem smaczne, aczkolwiek za słodkie nawet te z kurczakiem :) najmniej słodkie za to z fasolą.


Poniżej pozostałe rarytasy. Oczywiście nie próbowaliśmy wszystkiego. Nie kupujemy tam np. surowego mięsa, ryb i owoców morza. Nie wszystko zostało sfotografowane. Stoisk jest o wiele więcej, zależnie od wielkości targów. Ponadto, te bazarki nie stoją codziennie w tym samym miejscu. Zmieniają położenie, a my nie raz jedziemy kilka minut przed siebie rozglądając się za którymś z nich. Przy następnej okazji zrobię zdjęcia innym stoiskom.











Wspaniałe, nieprawdaż? Ja jestem większą zwolenniczką jedzenia potraw z targu, niż mój chłopak. Nie smakują mu zbytnio np. kluseczki/pierożki które ja bardzo lubię. Mamy nieco odmienne gusta, ale w takim miejscu każdy na pewno może znaleźć coś dla siebie. Zgłodniałam nieco pisząc ten post. Czas wyruszyć na obiad. Do następnego!

środa, 20 listopada 2013

Tutaj naprawdę jest inaczej cz.2

Witam po dłuższej nieobecności. Ponaglenia od moich bliskich skutecznie zmotywowały mnie do tego, by wreszcie nadrobić zaległości. Nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie i szczerze przyznaję, że ogarnęło mnie błogie lenistwo. Uwierzcie mi, że tutaj czas płynie inaczej zwłaszcza gdy, ktoś podobnie jak ja nie jest zobowiązany pracą, ani niczym co jest pilne do wykonania. Tajowie też są leniwi i opieszali, widocznie taki urok mieszkania na słonecznej wyspie J Ja zamiast z tym walczyć, po prostu się dostosowałam.

Zgodnie z tym, co obiecałam wznawiam temat różnic między Polską a Tajlandią. Pewnie ciekawi Was, dlaczego nie napisałam jeszcze o różnicach w smaku i gotowaniu. Otóż celowo zaczęłam od łatwo zauważalnych rozbieżności, a tematy kulinarne chciałam zostawić na później. Ja już tak mam, że gdy coś robię staram się to wykonać porządnie, toteż najchętniej wpis o różnicach kulinarnych dodałabym za kilka miesięcy. Wtedy zapewne mogłabym ich wymienić znacznie więcej i to z dużą dozą pewności. Nie będziemy jednak tak długo czekać. W kolejnym poście napiszę to, co udało mi się dotychczas rozpoznać. Dziś natomiast wspomnę jeszcze o dwóch nie kulinarnych różnicach. Nie ujęłam ich w poprzedniej notce, ponieważ nie miałam wtedy zdjęć, które chciałam dołączyć.

Środki transportu to pierwsza z nich. W tym klimacie wygodnie jest poruszać się skuterami. Podczas jazdy powietrze naprawdę przyjemnie ochładza i zupełnie nie czuć tego skwaru, chyba że mamy postój na światłach. Mimo, że słońca nie czuć ono grzeje, więc zwykle smarujemy się kremami z filtrem, aby uniknąć niepożądanych oparzeń. Jazda skuterem jest naprawdę przyjemna i do tego zabawna, gdy można sprytnie omijać korki w godzinach szczytu. Wówczas cała wataha skuterów jedzie poboczem, lub środkiem pomiędzy dwoma rzędami aut. Po dotarciu do sygnalizatorów świetlnych, skutery stoją w pierwszym rzędzie, za nimi zaś auta. Dodam, że kieruje mój chłopak. Ja zaś na pozycji pasażera, bacznie obserwuję otoczenie. Poniżej zdjęcie skuterów zrobione podczas postoju na światłach.


Skuterów widuje się na drodze mniej więcej tyle co aut, a wśród samochodów z kolei występuje bardzo dużo pikapów. Pikapy służą do przewozu różnego rodzaju przedmiotów, a także ludzi. Kilkunastu Tajów transportowanych jest w ten sposób np. na różne place budowy.


Pikapa wypełnionego Tajami jeszcze nie sfotografowałam, ale mam za to zdjęcie jakiegoś innego zatłoczonego pojazdu. Być może jest to autobus J


Druga kwestia to obecność dzikich lokatorów. W Polsce w naszych domach/mieszkaniach możemy napotkać pająki, mrówki, różne latające owady, karaluchy i jeszcze inne niechciane stworzenia. Tutaj, dodatkowo można natknąć się na gekony. Na szczęście gady występujące w naszym otoczeniu są niewielkie i zupełnie niegroźne, a wyglądają mniej więcej w ten sposób:


Chowają się przed ludźmi i nie są mocno uciążliwe, jednakże gekon wybiegający znienacka spod tostera potrafi wystraszyć J Trzeba pamiętać o zabezpieczeniu i zamykaniu wszelkich produktów żywnościowych. Koledze zdarzyło się znaleźć gekona buszującego w płatkach śniadaniowych J


To wszystko na dziś. Jak już wcześniej wspomniałam, kulinariom będzie poświęcony następny i odrębny wpis. Będzie kolorowo, bo zamierzam dołączyć wiele zdjęć zrobionych na targu. Postaram się napisać jak najszybciej, być może nawet jutro lub pojutrze. Pozdrawiam cieplutko moich wyrozumiałych czytelników J

poniedziałek, 11 listopada 2013

Tutaj naprawdę jest inaczej cz.1

Wybierając się do Tajlandii zdawałam sobie sprawę z tego, że zastanę tam szeroko pojętą inność. Odmienny klimat, język, kulturę, religię i wiele wiele innych. Przed wylotem postanowiłam nie czytać zbyt wiele o tym kraju, a także o wyspie na której miałam zamieszkać. Chciałam doświadczyć wszystkiego na własną rękę i mieć jak najwięcej niespodzianek. Dzisiaj, po niespełna trzech tygodniach życia w Tajlandii mogę śmiało opowiedzieć o tym, jak różna jest od Polski.

Już na lotnisku w Bangkoku spostrzegłam pierwsze różnice, a mianowicie ruch lewostronny oraz mała liczba koszy na śmieci. O ile do ruchu lewą stroną przyzwyczaiłam się po kilku dniach, o tyle mała ilość kontenerów na odpady nieustannie przysparza kłopotów. W konsekwencji wszędzie jest pełno śmieci. Pod sklepami, na ulicach, gdzieś w trawach i pod palmami, wszędzie. Nie rozumiem dlaczego tak to jest wymyślone. Nie raz jadąc w kierunku plaży mijamy porzucone sterty śmieci i na kilka dobrych sekund trzeba wstrzymywać oddech. Przykro jest patrzeć, w jaki sposób ludzie niszczą piękną przyrodę.

Kolejne różnice występują w powietrzu, które ma zupełnie inny zapach niż polskie. Jest to aromat jakichś przypraw, potu, może śmieci, pewnie wszystko razem. Na lotnisku poczułam tę woń i pomyślałam sobie wtedy, że jeszcze dziwniejsza i bardziej intensywna będzie w sklepach, na targach itp., nie myliłam się. Po wyjściu z kolejnego lotniska (Phuket) na otwartą przestrzeń, w moje nozdrza i gardło uderzyło niesamowicie ciepłe i wilgotne powietrze. Miałam wrażenie, że ciężko wziąć pełen oddech. Jednak i to jest kwestia przyzwyczajenia, podobnie jak w przypadku zapachu (rzecz jasna o ile nie znajdujemy się w pobliżu jedzenia).

Oczywista rozbieżność występuje w strefie czasowej oraz temperaturze. W tej chwili jest 6 godzin różnicy między Polską a Tajlandią. Do momentu zmiany czasu w naszym kraju na zimowy było pięć godzin. Co więcej, dzień trwa niezmiennie około 12 godzin. Słońce wstaje po 5:00 lub 6:00 a zachodzi po 17:00 bądź 18:00. Temperatura w dzień wynosi około 30 stopni, zaś w nocy jest tylko o kilka stopni niższa. I tak na okrągło przez cały rok.


Pozostałe kontrasty opiszę w kolejnych postach. Postaram się dołączyć zdjęcia. Cdn. J

wtorek, 5 listopada 2013

Pływanie

Pływać kocham w przybliżeniu tak samo jak gotować. Daje mi to ogromną radość i odprężenie. Wycisza myśli, relaksuje ciało. Pływanie jest jak dobry balsam dla mojej duszy. Jestem ogromnie szczęśliwa, że mogę pluskać się w basenie kiedy tylko zapragnę. Do powyższego wyznania dołączam dokumentację dowodową J

poniedziałek, 4 listopada 2013

9 pierwszych dni w Tajlandii

  •   Dzień pierwszy

Po 23 godzinach podróży wreszcie dotarliśmy do celu. Tzn. na Phuket, bo do hotelu jechaliśmy taksówką kolejne 1,5 godziny. My, czyli ja z moim chłopakiem i jego kolegą. Po zameldowaniu się wzięliśmy szybki prysznic i powędrowaliśmy coś zjeść. O tym za chwilę, wrócę jednak do mojego pierwszego posiłku w Tajlandii, który jadłam na lotnisku w Bangkoku podczas oczekiwania na lot na docelową wyspę. Posiłek zjadłam wraz z moim chłopakiem (kolega posilił się domowej roboty kanapką). Zapłaciliśmy za niego, 1,5-2 razy więcej niż za podobny, który można dostać w innym miejscu. Zamówiłam pieczoną kaczkę + noodle, do tego podali coś na kształt rosołu podanego w małej bulionówce, okraszonego niewielką ilością szczypiorku. Kaczka, tzn. kilka kawałków pokrojonej piersi była mięciutka i dość smaczna, jednak niestety bez chrupiącej skórki J Ogólnie ta mała porcyjka pozwoliła mi spędzić głód, lecz nie zaspokoiła oczekiwań co do Tajskiej kuchni. Dodam jeszcze, że pod noodlami umieszczono pokrojone liście i pędy jakiegoś warzywa czy rośliny, nie dało się jednak tego przeżuć. Przyprawy? Hmm smak orientalny, to na pewno, lecz niewiele więcej potrafiłam rozpoznać. Ogólnie oceniam na  3/10 – szybko podane i poprawnie ugotowana kaczka + noodle.
Teraz przejdę do posiłku wieczornego. Nieopodal naszego hotelu natknęliśmy się na dwie Tajskie knajpki. Jedna po prawej, druga obok z lewej strony. Wybraliśmy tę po lewej, lecz tam jedzenie przygotowywać trzeba na specjalnym, podgrzewanym naczyniu. Stwierdziliśmy, że jesteśmy zbyt głodni aby trwonić czas na przygotowywanie nieznanych potraw, przeszliśmy zatem na stronę konkurencji. Decyzja okazała się błędna J Dlaczego? Powody są dwa. Pierwszy poznaliśmy po godzinie czekania na zamówione jedzenie, drugi natomiast następnego dnia. Zamówiłam chrupiącą wieprzowinę w sosie curry + sticky rice. Podczas oczekiwania na posiłek spróbowałam soku z mango zamówionego przez moich towarzyszy. Smakował J pyszny słodki smak mango miał w sobie nutkę czegoś jakby prażonego. Na pewno wypiję taki sok jeszcze nie raz. Co do posiłku, był strasznie pikantny, a przecież miły pan zapewniał, że tylko lekko. Samo lekko to dla mnie o wiele za bardzo, toteż w przyszłości wybiorę raczej sosy słodko-kwaśne. Chrupiąca świnka była czymś na podobieństwo skwareczek. Niestety pod nią leżały liście czegoś ohydnego, w smaku nie do przejścia. Chyba miało to nadać jedynie aromat, bo zanim smak doszedł do moich kubków smakowych, zęby natrafiły na twardy liść. Nie wyobrażam sobie jak miałoby to być przełknięte. Aha, jeszcze sticky rice. Suchy, twardawy, kleisty, dziwny. Dobrze, że koledze zostało troszkę wodnistego rosołku po zjedzonej potrawie. Polałam nim sticky rice i jakoś mogłam go pochłonąć, ze łzami w oczach zakąsając ostrymi skwarkami. Ocena 2/10. Słabo, wiem. Jestem wymagająca ale wspomnę raz jeszcze, o tym że czekaliśmy około godziny, a co więcej ja otrzymałam swoje danie jako ostatnia. Na plus skwarki, mimo pikanterii oraz sok z mango.

  •     Dzień drugi

Hotelowe śniadanko

Na godzinę 10:00 zamówiliśmy śniadanie za równowartość około 15 złotych. Trudno mi jest ocenić śniadanie w formie bufetu i to niezbyt wystawnego. Zjadłam parówki, jajecznicę i placuszek bananowy. Spróbowałam też po raz pierwszy smoczego owocu, którego kawałeczki dodano do owocowej mieszanki. Pestki jak w kiwi a w smaku..hmm.. nijaki. Może po prostu centymetr kwadratowy tegoż owocu nie był w stanie oddać pożądanego smaku. Zjem sobie kiedyś cały, kęs po kęsie, aż smak poczuję. W sumie po głębszym zastanowieniu nie mogę przyznać wysokiej oceny śniadaniu. Nie podano niczego tajskiego, a serwowane soki były napojami z kartonu, a tu przecież nie trudno o świeże pyszne owoce. Jednakże będziemy jeść takie śniadania jeszcze dwa razy z rzędu, aż do końca trzydniowego pobytu w tym resorcie. Miło jest po przebudzeniu zejść na gotowe śniadanko i nie trudzić się poszukiwaniami dobrej knajpy. Oceniam na 2/10. Byłyby 3, ale mój partner drugiego dnia zauważył spleśniały chleb. Punkty za w miarę smaczne parówki i jajecznicę, kawę która postawiła mnie na nogi i wygodę podania. Bardzo lubię bufety. Lubię widzieć co sobie nakładam i mieć swobodę wyboru.
Obiad

Pamiętacie wpis o dwóch konkurencyjnych knajpach? Po słabej dwójeczce prawicy przyszedł czas na lewą stronę. Samodzielne przyrządzanie posiłku tym razem nas nie odstraszyło, gdyż byliśmy odprężeni i dysponowaliśmy dużym zapasem czasu wolnego. Do wyboru były owoce morza, kilka rodzajów mięsa w sosie sezamowym lub pieprznym z czosnkiem, oprócz tego sałata, grzyby, warzywa, wodorosty, noodle, kilka sosów, itp. Smaczne jedzonko, aczkolwiek wszystkie sosy były słodkie i pod koniec miałam już dosyć tego smaku. Ocena 5/10. Ani źle, ani dobrze. Odjęłam punkty za zbyt wysoką cenę napojów no i tę przesadną słodycz.


  •          Dzień trzeci

Dzień trzeci-niedziela upłynęła nam na podróżowaniu motorem po okolicy. Mój chłopak kupił sobie klapki, jeździliśmy szukać kasków, niestety bez rezultatu. Zahaczyliśmy o dwa duże markety, gdzie zachwyciło mnie bogactwo nieznanych, orientalnych produktów i zapachów. Miałam przyjemność zapoznać się z durianem, którego nie sposób przeoczyć, chyba że ktoś ma jakiś problem z powonieniem. Rozglądaliśmy się również za jakimiś domami czy apartamentami do wynajęcia, jednakże w niedzielę agencje pośrednictwa nieruchomości były  nieczynne.
Kolację zjedliśmy nadmorskiej knajpce. Było smacznie, ceny przyswoite. Mój partner zamówił pyszne Massaman Curry. To coś jakby gęsta zupa curry z mleczkiem kokosowym, kurczakiem i ziemniakami. Ja natomiast zjadłam ryż z kurczakiem i warzywami. Nic wyszukanego, lecz także bardzo mi smakowało. Soczyste, aromatyczne, lekko ostre. Oceniam na 5/10. Byłoby wyżej, lecz nie mieli świeżych soków a za taki z kartonu cena była zdecydowanie zbyt wysoka (70 bht). Minus także, za chaotyczny serwis. Kto inny przyjmował zamówienie, kto inny donosił posiłki, a przy tym mylono zamówienia. Proponowane ceny były ogólnie odrobinę za wysokie, ale to pewnie z racji położenia.
W minimarkecie wypatrzyłam dobry soft drink. Coś podobnego do Hiszpańskiego tinto de verano, czyli słodkiego rozwodnionego winka z tym, że gazowane, moc 6%, cena 32 bht. Wina są tu okropnie drogie. Zwyczajne Carlo Rossi kosztuje więcej niż 40 zł za butelkę. Jakieś najtańsze Australijskie wino 30 zł. Konsumpcja mojego ulubionego trunku ograniczy się pewnie do specjalnych okazji około raz w miesiącu. Dobrze, że jest chociaż ten niedrogi soft. Zawsze to jakaś namiastka.

  •    Dzień czwarty

Tutejszy klimat sprzyja kręceniu się moich włosów. Żartobliwie mówię, że wyglądam jak pudel J do tego po jeździe na skuterze sklejają się i trudno je rozczesać.
Tego dnia byliśmy w trzech agencjach. Oprócz tego obejrzeliśmy jeszcze parę mieszkań. Pogoda spłatała nam figla, lunął deszcz. Przemoknięci zajechaliśmy do dobrej tajskiej knajpy o nazwie Moo, gdzie zjadłam ryż z kurczakiem i wołowiną oraz zupę ryżową z mielonym kurczakiem i wieprzowiną w postaci kulek. Bardzo smacznie i tanio, toteż oceniam na 6/10. Niestety i tutaj nie mieli soków ze świeżych owoców :/
Kolację zjedliśmy w knajpce zwanej „brown rice”. Dwie tajskie gospodynie gotowały smacznie jak w domu. Moja porcja była naprawdę spora za jedyne 50 bht. Tym razem kurczak z noodlami w ostygowym sosie, a do tego limonka. Naprawdę przedziwne połączenie słodkich noodli z marchewką, słonego sosu i kwaśnej limonki. Nigdy sama bym na to nie wpadła. Smaki intensywne i niecodzienne, więc zagryzałam firmowym brązowym ryżem. Oceniam na 6/10. Na minus brak jakichkolwiek napojów prócz darmowej wody z lodem oraz zamieszanie z cenami. Moim towarzyszom wydawało się, że zamawiają danie za 50 bht, tak jak sugerowało menu. Tymczasem wyszło po 80, a pani przyniosła jakieś inne menu zza lady, pokazała rysunek dań które chłopcy faktycznie otrzymali i wsparła się jakimś mało zrozumiałym tłumaczeniem o ryżu. Może pomylili dania, a może była to celowa pomyłka, jednakże zapłaciliśmy zgodnie z rachunkiem i odeszliśmy z myślą, że tam nie wrócimy. Dobrze, że przynajmniej chłopakom bardzo smakowało.

  •         Dni 5-8

Dzień 5 i 6 przeznaczony był na poszukiwanie domu. Po obejrzeniu około 11 posesji, zdecydowaliśmy się na ładne mieszkanko w condominium. 2 sypialnie, każda z łazienką + otwarta kuchnia z salonem. Basen wspólny z mieszkańcami trzech sąsiednich „stancji”. Sprzątanie raz w tygodniu, basenowy, ogrodnik, woda, gaz i wspólny internet wliczone są w cenę wynajmu. Najpierw trochę grymasiliśmy a to ze względu na brud, a to na słaby internet ale z każdą chwilą było nam coraz przyjemniej J


Widok z naszego pokoju


W tych dniach poznaliśmy pięciu Polaków, którzy wskazali nam miłą knajpkę obok swojego motelu. Gotowała tam tajska gospodyni. Smacznie, po domowemu i prawie każdy posiłek za 5 złotych toteż w większości stołowaliśmy się tam. W menu był klasyczny fried rice z kurczakiem, wieprzowiną, krewetkami i kalmarami, noodle na słodko kwaśno, noodle w sosie sojowym, i różne inne kombinacje z tymi mięsno-morskimi wariantami. Porcyjki jak w Tajlandii, ale można pojeść a za tą cenę naprawdę dobrze oceniam kuchnię tej pani. Przyznaję 6.5/10. Póki co najwyższa nota J
Raz byliśmy na pizzy u Włocha, co było bardzo dobrym pomysłem bo już miałam dosyć tajskich dań. Koszt około 30 złotych na naszą dwójkę to uczciwa cena za smaczną pizzę przyzwoitej wielkości. Na pewno będziemy tam zaglądać od czasu do czasu. Ocena 6/10.
Pewnego dnia kupiliśmy na przekąskę zestaw sushi za 20 złotych w pobliskim markecie. Moim zdaniem jedno z lepszych sushi jakie jadłam. Były 4 nigiri z łososiem, 8 maków w 4 smakach, 4 innego rodzaju kawałki otoczone w ikrze i jeden taki jakby ze wszystkim. Pychotka, również koniecznie do powtórki J Ocena 7/10.

  •    Dzień 9

Nareszcie wyczyścili nam nasz basen. Woda piękna, przejrzysta, pływa się cudownie J Rano basen, a po południu kąpiel w morzu. Tak tak pierwszy raz kąpałam się w morzu, bo pojechaliśmy na plażę w dzień. Fale były umiarkowane, woda lazurowa i cieplutka. Naprawdę fantastyczne doznania. Słońce strasznie smaliło, ale mieliśmy kremy z dobrymi filtrami, toteż można było bezpiecznie plażować. Po 15 zaczęły się zawody siatkarek w piłkę plażową. Mecz o 3 miejsce i finał. W pierwszym grały dwie pary Brazylijek a w drugim Amerykanki z Chinkami. Pierwsze miejsce zdobyły Chinki. Fajna rozrywka, mimo że strasznie gorąco, bo siedzieliśmy przodem do słońca, bez żadnej osłony. Posmarowani kremami, z bluzkami na głowach zamiast czapek wytrzymaliśmy 2 godziny, a pod koniec było zdecydowanie lepiej, bo słońce powoli zmierzało ku zachodowi.



Wieczorem , po powrocie z plaży zrobiłam kurczaka w curry, a do niego ziemniaki. Tak, właśnie ziemniaki a nie ryż. Ryżu jeszcze nawet nie kupiliśmy a pomysł z ziemniakami zaczerpnięty został z dania Massaman Curry (patrz dzień trzeci). Kurczaczka obtoczyłam w mączce kukurydzianej i usmażyłam razem z cebulką i czosnkiem. Później podlałam mlekiem sojowym i wodą, dzięki czemu w efekcie powstał smaczny sosik. Do wody z ziemniakami również dodałam mleka, dzięki czemu były delikatniejsze w smaku i lekko słodkawe. Pychotka. Pomyślałam, że następnym razem dodam marchewkę, powinna współgrać z całością.

Miałam już dosyć tajskich potraw i wróciła do mnie nadzieja, że jakoś sobie dam radę przez te siedem miesięcy w gąszczu nieznanych smaków. Uwielbiam gotować, naprawdę dodaje mi to skrzydeł. Oglądamy z chłopakiem różne kulinarne programy rozrywkowe, jak Top Chef, Masterchef, Kuchenne rewolucje, czy Ugotowani. Po obejrzeniu chęć gotowania i cała gama pozytywnych emocji związanych z moją pasją rosną kilkakrotnie. Przez 24 lata w zasadzie żadnej pasji nie miałam i tym bardziej się cieszę, że wreszcie ją odkryłam :)