- Dzień pierwszy
Po
23 godzinach podróży wreszcie dotarliśmy do celu. Tzn. na Phuket, bo do hotelu
jechaliśmy taksówką kolejne 1,5 godziny. My, czyli ja z moim chłopakiem i jego kolegą. Po zameldowaniu się wzięliśmy szybki prysznic
i powędrowaliśmy coś zjeść. O tym za chwilę, wrócę jednak do mojego pierwszego
posiłku w Tajlandii, który jadłam na lotnisku w Bangkoku podczas oczekiwania na
lot na docelową wyspę. Posiłek zjadłam wraz z moim chłopakiem (kolega posilił się
domowej roboty kanapką). Zapłaciliśmy za niego, 1,5-2 razy więcej niż za
podobny, który można dostać w innym miejscu. Zamówiłam pieczoną kaczkę +
noodle, do tego podali coś na kształt rosołu podanego w małej bulionówce,
okraszonego niewielką ilością szczypiorku. Kaczka, tzn. kilka kawałków
pokrojonej piersi była mięciutka i dość smaczna, jednak niestety bez chrupiącej
skórki J Ogólnie ta mała porcyjka pozwoliła
mi spędzić głód, lecz nie zaspokoiła oczekiwań co do Tajskiej kuchni. Dodam
jeszcze, że pod noodlami umieszczono pokrojone liście i pędy jakiegoś warzywa
czy rośliny, nie dało się jednak tego przeżuć. Przyprawy? Hmm smak orientalny,
to na pewno, lecz niewiele więcej potrafiłam rozpoznać. Ogólnie oceniam na 3/10 – szybko podane i poprawnie ugotowana
kaczka + noodle.
Teraz
przejdę do posiłku wieczornego. Nieopodal naszego hotelu natknęliśmy się na
dwie Tajskie knajpki. Jedna po prawej, druga obok z lewej strony. Wybraliśmy tę
po lewej, lecz tam jedzenie przygotowywać trzeba na specjalnym, podgrzewanym
naczyniu. Stwierdziliśmy, że jesteśmy zbyt głodni aby trwonić czas na
przygotowywanie nieznanych potraw, przeszliśmy zatem na stronę konkurencji.
Decyzja okazała się błędna J Dlaczego? Powody są dwa. Pierwszy poznaliśmy po
godzinie czekania na zamówione jedzenie, drugi natomiast następnego dnia.
Zamówiłam chrupiącą wieprzowinę w sosie curry + sticky rice. Podczas
oczekiwania na posiłek spróbowałam soku z mango zamówionego przez moich towarzyszy.
Smakował J pyszny słodki smak mango miał w
sobie nutkę czegoś jakby prażonego. Na pewno wypiję taki sok jeszcze nie raz. Co
do posiłku, był strasznie pikantny, a przecież miły pan zapewniał, że tylko
lekko. Samo lekko to dla mnie o wiele za bardzo, toteż w przyszłości wybiorę
raczej sosy słodko-kwaśne. Chrupiąca świnka była czymś na podobieństwo
skwareczek. Niestety pod nią leżały liście czegoś ohydnego, w smaku nie do
przejścia. Chyba miało to nadać jedynie aromat, bo zanim smak doszedł do moich
kubków smakowych, zęby natrafiły na twardy liść. Nie wyobrażam sobie jak
miałoby to być przełknięte. Aha, jeszcze sticky rice. Suchy, twardawy, kleisty,
dziwny. Dobrze, że koledze zostało troszkę wodnistego rosołku po zjedzonej
potrawie. Polałam nim sticky rice i jakoś mogłam go pochłonąć, ze łzami w
oczach zakąsając ostrymi skwarkami. Ocena 2/10. Słabo, wiem. Jestem wymagająca
ale wspomnę raz jeszcze, o tym że czekaliśmy około godziny, a co więcej ja otrzymałam
swoje danie jako ostatnia. Na plus skwarki, mimo pikanterii oraz sok z mango.
- Dzień drugi
Hotelowe
śniadanko
Na
godzinę 10:00 zamówiliśmy śniadanie za równowartość około 15 złotych. Trudno mi
jest ocenić śniadanie w formie bufetu i to niezbyt wystawnego. Zjadłam parówki,
jajecznicę i placuszek bananowy. Spróbowałam też po raz pierwszy smoczego
owocu, którego kawałeczki dodano do owocowej mieszanki. Pestki jak w kiwi a w
smaku..hmm.. nijaki. Może po prostu centymetr kwadratowy tegoż owocu nie był w
stanie oddać pożądanego smaku. Zjem sobie kiedyś cały, kęs po kęsie, aż smak
poczuję. W sumie po głębszym zastanowieniu nie mogę przyznać wysokiej oceny
śniadaniu. Nie podano niczego tajskiego, a serwowane soki były napojami z
kartonu, a tu przecież nie trudno o świeże pyszne owoce. Jednakże będziemy jeść
takie śniadania jeszcze dwa razy z rzędu, aż do końca trzydniowego pobytu w tym
resorcie. Miło jest po przebudzeniu zejść na gotowe śniadanko i nie trudzić się
poszukiwaniami dobrej knajpy. Oceniam na 2/10. Byłyby 3, ale mój partner drugiego
dnia zauważył spleśniały chleb. Punkty za w miarę smaczne parówki i jajecznicę,
kawę która postawiła mnie na nogi i wygodę podania. Bardzo lubię bufety. Lubię
widzieć co sobie nakładam i mieć swobodę wyboru.
Obiad
Pamiętacie
wpis o dwóch konkurencyjnych knajpach? Po słabej dwójeczce prawicy przyszedł
czas na lewą stronę. Samodzielne przyrządzanie posiłku tym razem nas nie
odstraszyło, gdyż byliśmy odprężeni i dysponowaliśmy dużym zapasem czasu
wolnego. Do wyboru były owoce morza, kilka rodzajów mięsa w sosie sezamowym lub
pieprznym z czosnkiem, oprócz tego sałata, grzyby, warzywa, wodorosty, noodle,
kilka sosów, itp. Smaczne jedzonko, aczkolwiek wszystkie sosy były słodkie i
pod koniec miałam już dosyć tego smaku. Ocena 5/10. Ani źle, ani dobrze.
Odjęłam punkty za zbyt wysoką cenę napojów no i tę przesadną słodycz.
- Dzień trzeci
Dzień
trzeci-niedziela upłynęła nam na podróżowaniu motorem po okolicy. Mój chłopak kupił
sobie klapki, jeździliśmy szukać kasków, niestety bez rezultatu. Zahaczyliśmy o
dwa duże markety, gdzie zachwyciło mnie bogactwo nieznanych, orientalnych
produktów i zapachów. Miałam przyjemność zapoznać się z durianem, którego nie
sposób przeoczyć, chyba że ktoś ma jakiś problem z powonieniem. Rozglądaliśmy
się również za jakimiś domami czy apartamentami do wynajęcia, jednakże w
niedzielę agencje pośrednictwa nieruchomości były nieczynne.
Kolację
zjedliśmy nadmorskiej knajpce. Było smacznie, ceny przyswoite. Mój partner zamówił
pyszne Massaman Curry. To coś jakby gęsta zupa curry z mleczkiem kokosowym,
kurczakiem i ziemniakami. Ja natomiast zjadłam ryż z kurczakiem i warzywami.
Nic wyszukanego, lecz także bardzo mi smakowało. Soczyste, aromatyczne, lekko
ostre. Oceniam na 5/10. Byłoby wyżej, lecz nie mieli świeżych soków a za taki z
kartonu cena była zdecydowanie zbyt wysoka (70 bht). Minus także, za chaotyczny
serwis. Kto inny przyjmował zamówienie, kto inny donosił posiłki, a przy tym
mylono zamówienia. Proponowane ceny były ogólnie odrobinę za wysokie, ale to
pewnie z racji położenia.
W
minimarkecie wypatrzyłam dobry soft drink. Coś podobnego do Hiszpańskiego tinto
de verano, czyli słodkiego rozwodnionego winka z tym, że gazowane, moc 6%, cena
32 bht. Wina są tu okropnie drogie. Zwyczajne Carlo Rossi kosztuje więcej niż
40 zł za butelkę. Jakieś najtańsze Australijskie wino 30 zł. Konsumpcja mojego
ulubionego trunku ograniczy się pewnie do specjalnych okazji około raz w
miesiącu. Dobrze, że jest chociaż ten niedrogi soft. Zawsze to jakaś namiastka.
- Dzień czwarty
Tutejszy
klimat sprzyja kręceniu się moich włosów. Żartobliwie mówię, że wyglądam jak
pudel J do tego po jeździe na skuterze
sklejają się i trudno je rozczesać.
Tego
dnia byliśmy w trzech agencjach. Oprócz tego obejrzeliśmy jeszcze parę
mieszkań. Pogoda spłatała nam figla, lunął deszcz. Przemoknięci zajechaliśmy do
dobrej tajskiej knajpy o nazwie Moo, gdzie zjadłam ryż z kurczakiem i wołowiną
oraz zupę ryżową z mielonym kurczakiem i wieprzowiną w postaci kulek. Bardzo
smacznie i tanio, toteż oceniam na 6/10. Niestety i tutaj nie mieli soków ze
świeżych owoców :/
Kolację
zjedliśmy w knajpce zwanej „brown rice”. Dwie tajskie gospodynie gotowały
smacznie jak w domu. Moja porcja była naprawdę spora za jedyne 50 bht. Tym
razem kurczak z noodlami w ostygowym sosie, a do tego limonka. Naprawdę
przedziwne połączenie słodkich noodli z marchewką, słonego sosu i kwaśnej
limonki. Nigdy sama bym na to nie wpadła. Smaki intensywne i niecodzienne, więc
zagryzałam firmowym brązowym ryżem. Oceniam na 6/10. Na minus brak
jakichkolwiek napojów prócz darmowej wody z lodem oraz zamieszanie z cenami.
Moim towarzyszom wydawało się, że zamawiają danie za 50 bht, tak jak sugerowało
menu. Tymczasem wyszło po 80, a pani przyniosła jakieś inne menu zza lady,
pokazała rysunek dań które chłopcy faktycznie otrzymali i wsparła się jakimś
mało zrozumiałym tłumaczeniem o ryżu. Może pomylili dania, a może była to celowa pomyłka, jednakże zapłaciliśmy zgodnie z rachunkiem i odeszliśmy z myślą, że tam nie wrócimy. Dobrze, że przynajmniej chłopakom bardzo smakowało.
- Dni 5-8
Dzień
5 i 6 przeznaczony był na poszukiwanie domu. Po obejrzeniu około 11 posesji,
zdecydowaliśmy się na ładne mieszkanko w condominium. 2 sypialnie, każda z
łazienką + otwarta kuchnia z salonem. Basen wspólny z mieszkańcami trzech
sąsiednich „stancji”. Sprzątanie raz w tygodniu, basenowy,
ogrodnik, woda, gaz i wspólny internet wliczone są w cenę wynajmu. Najpierw trochę
grymasiliśmy a to ze względu na brud, a to na słaby internet ale z każdą
chwilą było nam coraz przyjemniej J
Widok z naszego
pokoju
W
tych dniach poznaliśmy pięciu Polaków, którzy wskazali nam miłą knajpkę obok
swojego motelu. Gotowała tam tajska gospodyni. Smacznie, po domowemu i prawie
każdy posiłek za 5 złotych toteż w większości stołowaliśmy się tam. W menu był
klasyczny fried rice z kurczakiem, wieprzowiną, krewetkami i kalmarami, noodle
na słodko kwaśno, noodle w sosie sojowym, i różne inne kombinacje z tymi
mięsno-morskimi wariantami. Porcyjki jak w Tajlandii, ale można pojeść a za tą
cenę naprawdę dobrze oceniam kuchnię tej pani. Przyznaję 6.5/10. Póki co
najwyższa nota J
Raz
byliśmy na pizzy u Włocha, co było bardzo dobrym pomysłem bo już miałam dosyć
tajskich dań. Koszt około 30 złotych na naszą dwójkę to uczciwa cena za smaczną
pizzę przyzwoitej wielkości. Na pewno będziemy tam zaglądać od czasu do czasu. Ocena
6/10.
Pewnego
dnia kupiliśmy na przekąskę zestaw sushi za 20 złotych w pobliskim markecie.
Moim zdaniem jedno z lepszych sushi jakie jadłam. Były 4 nigiri z łososiem, 8
maków w 4 smakach, 4 innego rodzaju kawałki otoczone w ikrze i jeden taki jakby
ze wszystkim. Pychotka, również koniecznie do powtórki J Ocena 7/10.
- Dzień 9
Nareszcie
wyczyścili nam nasz basen. Woda piękna, przejrzysta, pływa się cudownie J Rano basen, a po południu kąpiel w
morzu. Tak tak pierwszy raz kąpałam się w morzu, bo pojechaliśmy na plażę w
dzień. Fale były umiarkowane, woda lazurowa i cieplutka. Naprawdę fantastyczne
doznania. Słońce strasznie smaliło, ale mieliśmy kremy z dobrymi filtrami, toteż
można było bezpiecznie plażować. Po 15 zaczęły się zawody siatkarek w piłkę
plażową. Mecz o 3 miejsce i finał. W pierwszym grały dwie pary Brazylijek a w drugim
Amerykanki z Chinkami. Pierwsze miejsce zdobyły Chinki. Fajna rozrywka, mimo że
strasznie gorąco, bo siedzieliśmy przodem do słońca, bez żadnej osłony.
Posmarowani kremami, z bluzkami na głowach zamiast czapek wytrzymaliśmy 2
godziny, a pod koniec było zdecydowanie lepiej, bo słońce powoli zmierzało ku
zachodowi.
Wieczorem
, po powrocie z plaży zrobiłam kurczaka w curry, a do niego ziemniaki. Tak,
właśnie ziemniaki a nie ryż. Ryżu jeszcze nawet nie kupiliśmy a pomysł z
ziemniakami zaczerpnięty został z dania Massaman Curry (patrz dzień trzeci). Kurczaczka
obtoczyłam w mączce kukurydzianej i usmażyłam razem z cebulką i czosnkiem.
Później podlałam mlekiem sojowym i wodą, dzięki czemu w efekcie powstał smaczny
sosik. Do wody z ziemniakami również dodałam mleka, dzięki czemu były
delikatniejsze w smaku i lekko słodkawe. Pychotka. Pomyślałam, że następnym
razem dodam marchewkę, powinna współgrać z całością.
Miałam
już dosyć tajskich potraw i wróciła do mnie nadzieja, że jakoś sobie dam radę przez
te siedem miesięcy w gąszczu nieznanych smaków. Uwielbiam gotować, naprawdę
dodaje mi to skrzydeł. Oglądamy z chłopakiem różne kulinarne programy rozrywkowe,
jak Top Chef, Masterchef, Kuchenne rewolucje, czy Ugotowani. Po obejrzeniu chęć
gotowania i cała gama pozytywnych emocji związanych z moją pasją rosną kilkakrotnie.
Przez 24 lata w zasadzie żadnej pasji nie miałam i tym bardziej się cieszę, że
wreszcie ją odkryłam :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz