poniedziałek, 4 listopada 2013

9 pierwszych dni w Tajlandii

  •   Dzień pierwszy

Po 23 godzinach podróży wreszcie dotarliśmy do celu. Tzn. na Phuket, bo do hotelu jechaliśmy taksówką kolejne 1,5 godziny. My, czyli ja z moim chłopakiem i jego kolegą. Po zameldowaniu się wzięliśmy szybki prysznic i powędrowaliśmy coś zjeść. O tym za chwilę, wrócę jednak do mojego pierwszego posiłku w Tajlandii, który jadłam na lotnisku w Bangkoku podczas oczekiwania na lot na docelową wyspę. Posiłek zjadłam wraz z moim chłopakiem (kolega posilił się domowej roboty kanapką). Zapłaciliśmy za niego, 1,5-2 razy więcej niż za podobny, który można dostać w innym miejscu. Zamówiłam pieczoną kaczkę + noodle, do tego podali coś na kształt rosołu podanego w małej bulionówce, okraszonego niewielką ilością szczypiorku. Kaczka, tzn. kilka kawałków pokrojonej piersi była mięciutka i dość smaczna, jednak niestety bez chrupiącej skórki J Ogólnie ta mała porcyjka pozwoliła mi spędzić głód, lecz nie zaspokoiła oczekiwań co do Tajskiej kuchni. Dodam jeszcze, że pod noodlami umieszczono pokrojone liście i pędy jakiegoś warzywa czy rośliny, nie dało się jednak tego przeżuć. Przyprawy? Hmm smak orientalny, to na pewno, lecz niewiele więcej potrafiłam rozpoznać. Ogólnie oceniam na  3/10 – szybko podane i poprawnie ugotowana kaczka + noodle.
Teraz przejdę do posiłku wieczornego. Nieopodal naszego hotelu natknęliśmy się na dwie Tajskie knajpki. Jedna po prawej, druga obok z lewej strony. Wybraliśmy tę po lewej, lecz tam jedzenie przygotowywać trzeba na specjalnym, podgrzewanym naczyniu. Stwierdziliśmy, że jesteśmy zbyt głodni aby trwonić czas na przygotowywanie nieznanych potraw, przeszliśmy zatem na stronę konkurencji. Decyzja okazała się błędna J Dlaczego? Powody są dwa. Pierwszy poznaliśmy po godzinie czekania na zamówione jedzenie, drugi natomiast następnego dnia. Zamówiłam chrupiącą wieprzowinę w sosie curry + sticky rice. Podczas oczekiwania na posiłek spróbowałam soku z mango zamówionego przez moich towarzyszy. Smakował J pyszny słodki smak mango miał w sobie nutkę czegoś jakby prażonego. Na pewno wypiję taki sok jeszcze nie raz. Co do posiłku, był strasznie pikantny, a przecież miły pan zapewniał, że tylko lekko. Samo lekko to dla mnie o wiele za bardzo, toteż w przyszłości wybiorę raczej sosy słodko-kwaśne. Chrupiąca świnka była czymś na podobieństwo skwareczek. Niestety pod nią leżały liście czegoś ohydnego, w smaku nie do przejścia. Chyba miało to nadać jedynie aromat, bo zanim smak doszedł do moich kubków smakowych, zęby natrafiły na twardy liść. Nie wyobrażam sobie jak miałoby to być przełknięte. Aha, jeszcze sticky rice. Suchy, twardawy, kleisty, dziwny. Dobrze, że koledze zostało troszkę wodnistego rosołku po zjedzonej potrawie. Polałam nim sticky rice i jakoś mogłam go pochłonąć, ze łzami w oczach zakąsając ostrymi skwarkami. Ocena 2/10. Słabo, wiem. Jestem wymagająca ale wspomnę raz jeszcze, o tym że czekaliśmy około godziny, a co więcej ja otrzymałam swoje danie jako ostatnia. Na plus skwarki, mimo pikanterii oraz sok z mango.

  •     Dzień drugi

Hotelowe śniadanko

Na godzinę 10:00 zamówiliśmy śniadanie za równowartość około 15 złotych. Trudno mi jest ocenić śniadanie w formie bufetu i to niezbyt wystawnego. Zjadłam parówki, jajecznicę i placuszek bananowy. Spróbowałam też po raz pierwszy smoczego owocu, którego kawałeczki dodano do owocowej mieszanki. Pestki jak w kiwi a w smaku..hmm.. nijaki. Może po prostu centymetr kwadratowy tegoż owocu nie był w stanie oddać pożądanego smaku. Zjem sobie kiedyś cały, kęs po kęsie, aż smak poczuję. W sumie po głębszym zastanowieniu nie mogę przyznać wysokiej oceny śniadaniu. Nie podano niczego tajskiego, a serwowane soki były napojami z kartonu, a tu przecież nie trudno o świeże pyszne owoce. Jednakże będziemy jeść takie śniadania jeszcze dwa razy z rzędu, aż do końca trzydniowego pobytu w tym resorcie. Miło jest po przebudzeniu zejść na gotowe śniadanko i nie trudzić się poszukiwaniami dobrej knajpy. Oceniam na 2/10. Byłyby 3, ale mój partner drugiego dnia zauważył spleśniały chleb. Punkty za w miarę smaczne parówki i jajecznicę, kawę która postawiła mnie na nogi i wygodę podania. Bardzo lubię bufety. Lubię widzieć co sobie nakładam i mieć swobodę wyboru.
Obiad

Pamiętacie wpis o dwóch konkurencyjnych knajpach? Po słabej dwójeczce prawicy przyszedł czas na lewą stronę. Samodzielne przyrządzanie posiłku tym razem nas nie odstraszyło, gdyż byliśmy odprężeni i dysponowaliśmy dużym zapasem czasu wolnego. Do wyboru były owoce morza, kilka rodzajów mięsa w sosie sezamowym lub pieprznym z czosnkiem, oprócz tego sałata, grzyby, warzywa, wodorosty, noodle, kilka sosów, itp. Smaczne jedzonko, aczkolwiek wszystkie sosy były słodkie i pod koniec miałam już dosyć tego smaku. Ocena 5/10. Ani źle, ani dobrze. Odjęłam punkty za zbyt wysoką cenę napojów no i tę przesadną słodycz.


  •          Dzień trzeci

Dzień trzeci-niedziela upłynęła nam na podróżowaniu motorem po okolicy. Mój chłopak kupił sobie klapki, jeździliśmy szukać kasków, niestety bez rezultatu. Zahaczyliśmy o dwa duże markety, gdzie zachwyciło mnie bogactwo nieznanych, orientalnych produktów i zapachów. Miałam przyjemność zapoznać się z durianem, którego nie sposób przeoczyć, chyba że ktoś ma jakiś problem z powonieniem. Rozglądaliśmy się również za jakimiś domami czy apartamentami do wynajęcia, jednakże w niedzielę agencje pośrednictwa nieruchomości były  nieczynne.
Kolację zjedliśmy nadmorskiej knajpce. Było smacznie, ceny przyswoite. Mój partner zamówił pyszne Massaman Curry. To coś jakby gęsta zupa curry z mleczkiem kokosowym, kurczakiem i ziemniakami. Ja natomiast zjadłam ryż z kurczakiem i warzywami. Nic wyszukanego, lecz także bardzo mi smakowało. Soczyste, aromatyczne, lekko ostre. Oceniam na 5/10. Byłoby wyżej, lecz nie mieli świeżych soków a za taki z kartonu cena była zdecydowanie zbyt wysoka (70 bht). Minus także, za chaotyczny serwis. Kto inny przyjmował zamówienie, kto inny donosił posiłki, a przy tym mylono zamówienia. Proponowane ceny były ogólnie odrobinę za wysokie, ale to pewnie z racji położenia.
W minimarkecie wypatrzyłam dobry soft drink. Coś podobnego do Hiszpańskiego tinto de verano, czyli słodkiego rozwodnionego winka z tym, że gazowane, moc 6%, cena 32 bht. Wina są tu okropnie drogie. Zwyczajne Carlo Rossi kosztuje więcej niż 40 zł za butelkę. Jakieś najtańsze Australijskie wino 30 zł. Konsumpcja mojego ulubionego trunku ograniczy się pewnie do specjalnych okazji około raz w miesiącu. Dobrze, że jest chociaż ten niedrogi soft. Zawsze to jakaś namiastka.

  •    Dzień czwarty

Tutejszy klimat sprzyja kręceniu się moich włosów. Żartobliwie mówię, że wyglądam jak pudel J do tego po jeździe na skuterze sklejają się i trudno je rozczesać.
Tego dnia byliśmy w trzech agencjach. Oprócz tego obejrzeliśmy jeszcze parę mieszkań. Pogoda spłatała nam figla, lunął deszcz. Przemoknięci zajechaliśmy do dobrej tajskiej knajpy o nazwie Moo, gdzie zjadłam ryż z kurczakiem i wołowiną oraz zupę ryżową z mielonym kurczakiem i wieprzowiną w postaci kulek. Bardzo smacznie i tanio, toteż oceniam na 6/10. Niestety i tutaj nie mieli soków ze świeżych owoców :/
Kolację zjedliśmy w knajpce zwanej „brown rice”. Dwie tajskie gospodynie gotowały smacznie jak w domu. Moja porcja była naprawdę spora za jedyne 50 bht. Tym razem kurczak z noodlami w ostygowym sosie, a do tego limonka. Naprawdę przedziwne połączenie słodkich noodli z marchewką, słonego sosu i kwaśnej limonki. Nigdy sama bym na to nie wpadła. Smaki intensywne i niecodzienne, więc zagryzałam firmowym brązowym ryżem. Oceniam na 6/10. Na minus brak jakichkolwiek napojów prócz darmowej wody z lodem oraz zamieszanie z cenami. Moim towarzyszom wydawało się, że zamawiają danie za 50 bht, tak jak sugerowało menu. Tymczasem wyszło po 80, a pani przyniosła jakieś inne menu zza lady, pokazała rysunek dań które chłopcy faktycznie otrzymali i wsparła się jakimś mało zrozumiałym tłumaczeniem o ryżu. Może pomylili dania, a może była to celowa pomyłka, jednakże zapłaciliśmy zgodnie z rachunkiem i odeszliśmy z myślą, że tam nie wrócimy. Dobrze, że przynajmniej chłopakom bardzo smakowało.

  •         Dni 5-8

Dzień 5 i 6 przeznaczony był na poszukiwanie domu. Po obejrzeniu około 11 posesji, zdecydowaliśmy się na ładne mieszkanko w condominium. 2 sypialnie, każda z łazienką + otwarta kuchnia z salonem. Basen wspólny z mieszkańcami trzech sąsiednich „stancji”. Sprzątanie raz w tygodniu, basenowy, ogrodnik, woda, gaz i wspólny internet wliczone są w cenę wynajmu. Najpierw trochę grymasiliśmy a to ze względu na brud, a to na słaby internet ale z każdą chwilą było nam coraz przyjemniej J


Widok z naszego pokoju


W tych dniach poznaliśmy pięciu Polaków, którzy wskazali nam miłą knajpkę obok swojego motelu. Gotowała tam tajska gospodyni. Smacznie, po domowemu i prawie każdy posiłek za 5 złotych toteż w większości stołowaliśmy się tam. W menu był klasyczny fried rice z kurczakiem, wieprzowiną, krewetkami i kalmarami, noodle na słodko kwaśno, noodle w sosie sojowym, i różne inne kombinacje z tymi mięsno-morskimi wariantami. Porcyjki jak w Tajlandii, ale można pojeść a za tą cenę naprawdę dobrze oceniam kuchnię tej pani. Przyznaję 6.5/10. Póki co najwyższa nota J
Raz byliśmy na pizzy u Włocha, co było bardzo dobrym pomysłem bo już miałam dosyć tajskich dań. Koszt około 30 złotych na naszą dwójkę to uczciwa cena za smaczną pizzę przyzwoitej wielkości. Na pewno będziemy tam zaglądać od czasu do czasu. Ocena 6/10.
Pewnego dnia kupiliśmy na przekąskę zestaw sushi za 20 złotych w pobliskim markecie. Moim zdaniem jedno z lepszych sushi jakie jadłam. Były 4 nigiri z łososiem, 8 maków w 4 smakach, 4 innego rodzaju kawałki otoczone w ikrze i jeden taki jakby ze wszystkim. Pychotka, również koniecznie do powtórki J Ocena 7/10.

  •    Dzień 9

Nareszcie wyczyścili nam nasz basen. Woda piękna, przejrzysta, pływa się cudownie J Rano basen, a po południu kąpiel w morzu. Tak tak pierwszy raz kąpałam się w morzu, bo pojechaliśmy na plażę w dzień. Fale były umiarkowane, woda lazurowa i cieplutka. Naprawdę fantastyczne doznania. Słońce strasznie smaliło, ale mieliśmy kremy z dobrymi filtrami, toteż można było bezpiecznie plażować. Po 15 zaczęły się zawody siatkarek w piłkę plażową. Mecz o 3 miejsce i finał. W pierwszym grały dwie pary Brazylijek a w drugim Amerykanki z Chinkami. Pierwsze miejsce zdobyły Chinki. Fajna rozrywka, mimo że strasznie gorąco, bo siedzieliśmy przodem do słońca, bez żadnej osłony. Posmarowani kremami, z bluzkami na głowach zamiast czapek wytrzymaliśmy 2 godziny, a pod koniec było zdecydowanie lepiej, bo słońce powoli zmierzało ku zachodowi.



Wieczorem , po powrocie z plaży zrobiłam kurczaka w curry, a do niego ziemniaki. Tak, właśnie ziemniaki a nie ryż. Ryżu jeszcze nawet nie kupiliśmy a pomysł z ziemniakami zaczerpnięty został z dania Massaman Curry (patrz dzień trzeci). Kurczaczka obtoczyłam w mączce kukurydzianej i usmażyłam razem z cebulką i czosnkiem. Później podlałam mlekiem sojowym i wodą, dzięki czemu w efekcie powstał smaczny sosik. Do wody z ziemniakami również dodałam mleka, dzięki czemu były delikatniejsze w smaku i lekko słodkawe. Pychotka. Pomyślałam, że następnym razem dodam marchewkę, powinna współgrać z całością.

Miałam już dosyć tajskich potraw i wróciła do mnie nadzieja, że jakoś sobie dam radę przez te siedem miesięcy w gąszczu nieznanych smaków. Uwielbiam gotować, naprawdę dodaje mi to skrzydeł. Oglądamy z chłopakiem różne kulinarne programy rozrywkowe, jak Top Chef, Masterchef, Kuchenne rewolucje, czy Ugotowani. Po obejrzeniu chęć gotowania i cała gama pozytywnych emocji związanych z moją pasją rosną kilkakrotnie. Przez 24 lata w zasadzie żadnej pasji nie miałam i tym bardziej się cieszę, że wreszcie ją odkryłam :) 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz