sobota, 23 listopada 2013

Smaki Tajlandii

Moi Drodzy, wreszcie nadszedł czas na długo oczekiwany post na temat kuchni tajskiej. W porównaniu z rodzimą kuchnią są to zupełnie dwa różne światy. Kuchnia tajska bazuje na takich składnikach, jak: sos sojowy, sos rybny, ocet ryżowy, cukier palmowy, papryczki chilli, limonka, trawa cytrynowa, galangal (odpowiednik imbiru), różne pasty curry, mleko kokosowe. Dodatkowo, używa się sporo cebuli, czosnku, marchwi, kapusty, różnych roślin, kwiatów i pędów. Do niektórych dań dołączane są grzyby (np. shitake, mun) bądź orzechy (przeważnie ziemne lub nerkowce).

Dania najczęściej podawane są z białym ryżem bądź noodlami ryżowymi, ewentualnie pszennymi. Noodle czyli makarony mają różne długości i szerokości od takich jakie znaleźć można w popularnych „zupkach chińskich” po naprawdę szerokie płaty. W jednym z tutejszych sklepów zauważyłam nawet ryżowy makaron w kształcie ziarenek ryżu, idealny np. do zup.

Chyba najbardziej popularnym mięskiem jest kurczak i różne jego części. Ponadto wieprzowina, krewetki, mątwy, ryby, ośmiorniczki, kaczka, rzadziej wołowina czy jagnięcina i pozostałe smakołyki.

Tajskie potrawy zwykle są bardzo pikantne i bardzo słodkie. Rzadziej wyczuwalna jest kwaskowość limonki, cytryny bądź octu ryżowego oraz słoność sosu sojowego czy rybnego. Od pierwszych dni zdumiewająca dla mnie była ostrość jedzenia, której jednak się spodziewałam, a co więcej słodycz będąca zupełną niespodzianką. Tyle razy zastanawiałam się, dlaczego tutaj wszystko jest takie słodkie. Słodsze jest zwykłe pieczywo, parówki, mleko, ser, dosłownie wszystko. Skąd to się bierze? Może kiedyś poszukam odpowiedzi na to pytanie.

Dla odmiany, Tajowie soli chyba wcale nie używają. Zastępują ją wspomnianymi sosami (sojowym bądź rybnym tudzież innymi, o których nie mam pojęcia). Podobnież dodatek soli w daniu, gdzie został użyty sos rybny, wytrąca goryczkę. Używanie jej jest zatem bezcelowe. Ja jednak zaopatrzyłam się w dobrze mi znaną białą przyjaciółkę (może wroga, jak twierdzą specjaliści), natomiast z sosami póki co słabo się zakolegowałam.

Nawet nie wiecie, jak bardzo brakuje mi ukochanych składników, które mogłam bez trudu i wyrzutów sumienia kupić w Polsce. Dlaczego teraz mam wyrzuty? Otóż mała śmietana, oczywiście importowana kosztuje tutaj 4 złote. Sery są przynajmniej dwa razy droższe. Dobre wędliny również. Tutaj w zasadzie wszystko, czego przeważnie używałam w Polsce ma kilkakrotnie wyższą cenę. Jakaż była moja radość, gdy udało się kupić pesto za niecałe 5 złotych, gdyż zwykle kosztuje 12-13 złotych. Zatem o daniach z tym składnikiem możemy zapomnieć przez następne sześć miesięcy. Moje ulubione czerwone wytrawne winko również kosztuje ponad dwa razy więcej. Wino za 30 złotych, w dodatku średniej jakości kupujemy tylko na specjalne okazje J Następne pewnie na Święta. Tak na marginesie, to zaczęłam od kilku dni myśleć o tym, jakie potrawy mogłabym przyrządzić z tej okazji. Dziwne to będą Święta, zupełnie inne niż dotychczas. Odbiegłam myślami od głównego tematu i szybciutko wracam na właściwy tor. Drożyzna składników skutkuje tym, że gotuję nieczęsto. Jeżeli gotuję, kupujemy tę nieszczęsną śmietanę, jakieś pszenne makarony, pomidory, ser i tym podobne. Pichcę coś na kształt potraw przyrządzanych w Polsce, jednakże smak nie jest tak dobry. Potwierdza się powszechnie znana opinia, że to co nasze jest bardzo smaczne. Tęsknię za gotowaniem i za tamtymi smakami. Rozsądek nakazuje mi jednak rozkoszowanie się tutejszymi smakami i czerpanie z tej kuchni jak najwięcej, co też w mniejszym bądź większym stopniu czynię. Przeważnie stołujemy się w knajpkach, a na targu kupujemy coś na później. Tak jest oszczędniej i nie ma co ukrywać, smaczniej gdyż ja jeszcze nie potrafię wiernie odtworzyć tych wszystkich smaków. Co prawda, kilka razy ugotowałam coś a la tajskiego. Wyszło całkiem przyzwoicie, ale to za mało żeby pochwalić się na blogu J Troszkę żałuję, że nie zaczęłam blogować kilka miesięcy temu i nie opisywałam tutaj tych wszystkich pyszności, które stworzyłam. Wszystko jeszcze mam nadzieję przede mną, a tymczasem podzielę się z Wami zdjęciami ze wspomnianego targu/bazarku. Można tam smacznie zjeść, za cenę odrobinę mniejszą niż w zwyczajnej knajpce. Dla przykładu w knajpce danie kosztuje 5-6 złotych, a tam 4-5 złotych. To nie pomyłka, naprawdę smacznie i tanio można w Tajlandii zjeść podstawowe dania z noodlami czy ryżem i np. kurczakiem. Porcje nie są co prawda imponujących rozmiarów, ale spokojnie zaspakajają głód. Przecież nie od dziś wiadomo, że zdrowiej jest jeść mniej a częściej. 


Oto cudne, kolorowe pyszności, które mamy przyjemność kosztować na targu. Bardzo smakują mi pierożki, a może raczej kluseczki oraz sajgonki, które chyba najczęściej tam kupujemy.

Poniżej rogaliki z ciasta podobnego do francuskiego, nadziewane bardzo słodkim dżemem z dyni, owocu taro, kurczakiem oraz fasolą.
Całkiem smaczne, aczkolwiek za słodkie nawet te z kurczakiem :) najmniej słodkie za to z fasolą.


Poniżej pozostałe rarytasy. Oczywiście nie próbowaliśmy wszystkiego. Nie kupujemy tam np. surowego mięsa, ryb i owoców morza. Nie wszystko zostało sfotografowane. Stoisk jest o wiele więcej, zależnie od wielkości targów. Ponadto, te bazarki nie stoją codziennie w tym samym miejscu. Zmieniają położenie, a my nie raz jedziemy kilka minut przed siebie rozglądając się za którymś z nich. Przy następnej okazji zrobię zdjęcia innym stoiskom.











Wspaniałe, nieprawdaż? Ja jestem większą zwolenniczką jedzenia potraw z targu, niż mój chłopak. Nie smakują mu zbytnio np. kluseczki/pierożki które ja bardzo lubię. Mamy nieco odmienne gusta, ale w takim miejscu każdy na pewno może znaleźć coś dla siebie. Zgłodniałam nieco pisząc ten post. Czas wyruszyć na obiad. Do następnego!

2 komentarze:

  1. Rzeczywiście bardzo różnorodne i bardzo inne niż u nas jedzenie! A w tych dużych pojemnikach to węgorze?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej na pewno są to węgorze i wydaje mi się, że pocięte w krążki występują w niektórych daniach w tych blaszanych pojemnikach :)

      Usuń