Moi Drodzy, wreszcie
nadszedł czas na długo oczekiwany post na temat kuchni tajskiej. W porównaniu z
rodzimą kuchnią są to zupełnie dwa różne światy. Kuchnia tajska bazuje na
takich składnikach, jak: sos sojowy, sos rybny, ocet ryżowy, cukier palmowy,
papryczki chilli, limonka, trawa cytrynowa, galangal (odpowiednik imbiru),
różne pasty curry, mleko kokosowe. Dodatkowo, używa się sporo cebuli, czosnku,
marchwi, kapusty, różnych roślin, kwiatów i pędów. Do niektórych dań dołączane
są grzyby (np. shitake, mun) bądź orzechy (przeważnie ziemne lub nerkowce).
Dania najczęściej
podawane są z białym ryżem bądź noodlami ryżowymi, ewentualnie pszennymi.
Noodle czyli makarony mają różne długości i szerokości od takich jakie znaleźć
można w popularnych „zupkach chińskich” po naprawdę szerokie płaty. W jednym z
tutejszych sklepów zauważyłam nawet ryżowy makaron w kształcie ziarenek ryżu,
idealny np. do zup.
Chyba najbardziej popularnym
mięskiem jest kurczak i różne jego części. Ponadto wieprzowina, krewetki,
mątwy, ryby, ośmiorniczki, kaczka, rzadziej wołowina czy jagnięcina i pozostałe
smakołyki.
Tajskie potrawy zwykle są
bardzo pikantne i bardzo słodkie. Rzadziej wyczuwalna jest kwaskowość limonki,
cytryny bądź octu ryżowego oraz słoność sosu sojowego czy rybnego. Od
pierwszych dni zdumiewająca dla mnie była ostrość jedzenia, której jednak się
spodziewałam, a co więcej słodycz będąca zupełną niespodzianką. Tyle razy
zastanawiałam się, dlaczego tutaj wszystko jest takie słodkie. Słodsze jest
zwykłe pieczywo, parówki, mleko, ser, dosłownie wszystko. Skąd to się bierze?
Może kiedyś poszukam odpowiedzi na to pytanie.
Dla odmiany, Tajowie soli
chyba wcale nie używają. Zastępują ją wspomnianymi sosami (sojowym bądź rybnym
tudzież innymi, o których nie mam pojęcia). Podobnież dodatek soli w daniu,
gdzie został użyty sos rybny, wytrąca goryczkę. Używanie jej jest zatem
bezcelowe. Ja jednak zaopatrzyłam się w dobrze mi znaną białą przyjaciółkę
(może wroga, jak twierdzą specjaliści), natomiast z sosami póki co słabo się
zakolegowałam.
Nawet nie wiecie, jak
bardzo brakuje mi ukochanych składników, które mogłam bez trudu i wyrzutów
sumienia kupić w Polsce. Dlaczego teraz mam wyrzuty? Otóż mała śmietana,
oczywiście importowana kosztuje tutaj 4 złote. Sery są przynajmniej dwa razy
droższe. Dobre wędliny również. Tutaj w zasadzie wszystko, czego przeważnie
używałam w Polsce ma kilkakrotnie wyższą cenę. Jakaż była moja radość, gdy
udało się kupić pesto za niecałe 5 złotych, gdyż zwykle kosztuje 12-13 złotych.
Zatem o daniach z tym składnikiem możemy zapomnieć przez następne sześć
miesięcy. Moje ulubione czerwone wytrawne winko również kosztuje ponad dwa razy
więcej. Wino za 30 złotych, w dodatku średniej jakości kupujemy tylko na
specjalne okazje J Następne pewnie na Święta. Tak na marginesie, to
zaczęłam od kilku dni myśleć o tym, jakie potrawy mogłabym przyrządzić z tej
okazji. Dziwne to będą Święta, zupełnie inne niż dotychczas. Odbiegłam myślami
od głównego tematu i szybciutko wracam na właściwy tor. Drożyzna składników
skutkuje tym, że gotuję nieczęsto. Jeżeli gotuję, kupujemy tę nieszczęsną
śmietanę, jakieś pszenne makarony, pomidory, ser i tym podobne. Pichcę coś na
kształt potraw przyrządzanych w Polsce, jednakże smak nie jest tak dobry.
Potwierdza się powszechnie znana opinia, że to co nasze jest bardzo smaczne.
Tęsknię za gotowaniem i za tamtymi smakami. Rozsądek nakazuje mi jednak
rozkoszowanie się tutejszymi smakami i czerpanie z tej kuchni jak najwięcej, co
też w mniejszym bądź większym stopniu czynię. Przeważnie stołujemy się w
knajpkach, a na targu kupujemy coś na później. Tak jest oszczędniej i nie ma co
ukrywać, smaczniej gdyż ja jeszcze nie potrafię wiernie odtworzyć tych wszystkich
smaków. Co prawda, kilka razy ugotowałam coś a la tajskiego. Wyszło całkiem
przyzwoicie, ale to za mało żeby pochwalić się na blogu J Troszkę
żałuję, że nie zaczęłam blogować kilka miesięcy temu i nie opisywałam tutaj
tych wszystkich pyszności, które stworzyłam. Wszystko jeszcze mam nadzieję
przede mną, a tymczasem podzielę się z Wami zdjęciami ze wspomnianego
targu/bazarku. Można tam smacznie zjeść, za cenę odrobinę mniejszą niż w
zwyczajnej knajpce. Dla przykładu w knajpce danie kosztuje 5-6 złotych, a tam
4-5 złotych. To nie pomyłka, naprawdę smacznie i tanio można w Tajlandii zjeść
podstawowe dania z noodlami czy ryżem i np. kurczakiem. Porcje nie są co prawda
imponujących rozmiarów, ale spokojnie zaspakajają głód. Przecież nie od dziś
wiadomo, że zdrowiej jest jeść mniej a częściej.
Poniżej rogaliki z ciasta podobnego do francuskiego, nadziewane
bardzo słodkim dżemem z dyni, owocu taro, kurczakiem oraz fasolą.
Całkiem smaczne, aczkolwiek za słodkie nawet te z kurczakiem :) najmniej słodkie za to z fasolą.
Całkiem smaczne, aczkolwiek za słodkie nawet te z kurczakiem :) najmniej słodkie za to z fasolą.
Poniżej pozostałe rarytasy. Oczywiście nie próbowaliśmy
wszystkiego. Nie kupujemy tam np. surowego mięsa, ryb i owoców morza. Nie
wszystko zostało sfotografowane. Stoisk jest o wiele więcej, zależnie od
wielkości targów. Ponadto, te bazarki nie stoją codziennie w tym samym miejscu.
Zmieniają położenie, a my nie raz jedziemy kilka minut przed siebie rozglądając
się za którymś z nich. Przy następnej okazji zrobię zdjęcia innym
stoiskom.
Wspaniałe, nieprawdaż? Ja jestem większą zwolenniczką jedzenia
potraw z targu, niż mój chłopak. Nie smakują mu zbytnio np. kluseczki/pierożki
które ja bardzo lubię. Mamy nieco odmienne gusta, ale w takim miejscu każdy na
pewno może znaleźć coś dla siebie. Zgłodniałam nieco pisząc ten post. Czas
wyruszyć na obiad. Do następnego!
Rzeczywiście bardzo różnorodne i bardzo inne niż u nas jedzenie! A w tych dużych pojemnikach to węgorze?
OdpowiedzUsuńRaczej na pewno są to węgorze i wydaje mi się, że pocięte w krążki występują w niektórych daniach w tych blaszanych pojemnikach :)
Usuń